sobota, 21 grudnia 2013

Za trzy dni znowu będzie Wigilia, chociaż nic na to nie wskazuje.
Siedzę sobie na własnym skrzypiącym krześle, oszczędnie tańczę samą głową. Stopy podkulone i wciśnięte pod kolana. Mam we krwi całe szaleństwo niedojrzałych kobiet. Zamiast hemoglobiny, najwyraźniej.
Nastrój zawsze zero jedynkowy.
No to postanowiłam sieknąć pseudopodsumowanie tego wywrotowego roku.


Najpierw zdjęciowo, przypadkowo. To, co poniewierało się w rolce z aparatu, nie trafiło na instagram i na co lubię patrzeć czasem.
Moje najlepsze miejsce w biurze, z widokiem wprost na brud. Światło. Moja ulubiona osoba świata. Moja letnia chudość i radość. Domowy i uliczny Berlin. Mgła, za którą uganiałam się jak głupia. Szpital jak z serialu. Ugly is the new pretty. Wiersze. Wieża.

































Muzycznie było bardziej niż kiedykolwiek. God bless Spotify.
Podarował mi też niestety takie piosenki, które mi teraz rozdzierają mięsień sercowy na drobne kawałeczki, tak jak się bierze stary bilet i pismo ze spółdzielni mieszkaniowej i dzieli na nieskończone połowy, aż do konfetti, którego nie sposób donieść do śmietnika. Nie chcę ich. Niech przestaną istnieć:
1,
2,
3,
4,
5.
(ale żartowałam, zostańcie)

Co było fajne? Ula, Tola, Luiza i inne dziewczynki z elementarza. Takie dobro. Nieskończona ilość pysznych rzeczy, tortów bezowych, prosecco, kilometrów na rowerze. I te wszystkie miasta, które udało mi się zobaczyć jesienią. Zawsze chciałam podróżować jesienią i proszę, jak wybornie. Smaga Cię po twarzy zagraniczny wiatr.
A co niefajne? Takie tam. Nieczułe plecy. Niedotrzymane obietnice. Niecałowanie. Czasem specjalnie nie rozglądam się w lewo prawo lewo na przejściu dla pieszych, tylko zaciskam zęby i idę.
A co zasługuje na oddzielny punkt? Że wygrzebałam się ze strefy komfortu oszukiwania samej siebie i podjęłam Wielką Decyzję Zostawienia Miłego Chłopca. Wystawiłam głowę z grajdołka i dostałam piaskiem w twarz. Nie żałowałam ani razu i prawie tego nie poczułam, od razu przyszła nowa fala. Na fakt, że wymyła mi spod stóp cały grunt, spuśćmy zasłonę milczenia ;)

Boże, skąd się bierze wesołość (oprócz tabletek)? Czy z cytrynówki lubelskiej (moja jedyna styczność z dawnym landem) wychylanej w lepkim barze dla miłośników gier fantasy? Czy z zachwyconego spojrzenia (jeśli nie należy do menela albo człowieka o twarzy nożownika, to zawsze poprawia stan rzeczy)? A może troszeczkę z tego, że jest późno w nocy, a Ty nic nie musisz?

Taki krótki jest ten fragment życia w którym człowiek nic a nic. Bałagan nikogo jeszcze nie zabił, chociaż moja mama uważa inaczej. Niewyspanie, ciasto na obiad, marnowanie czasu, pisanie zamiast spania - też. Samotność - chociaż to złe słowo, jak nazwać fizyczne bycie samą? - albo Cię leje po twarzy, albo wyrzuca w górę i czym tu się smucić. O dziwo, przeludziowałam się trochę. Osiem godzin w pracy rozkosznie jest odreagować niepatrzeniem na nikogo, doczytywaniem zaczętej z rana opowiastki i dosłuchaniem playlisty tygodnia. Schowaniem głowy w szalik. Moje łóżko ma metr czterdzieści szerokości i to jest bardzo jednoosobowy wymiar.
Myśl o tym, że kiedyś będę w dorosłej rzeczywistości i będę robić swoim dzieciom kanapki do szkoły... jest tak odległa, że aż niepołączona z teraźniejszością. Jeszcze w styczniu znalazłabym jakąś niteczkę. Twarze chociaż mogłabym sobie wyobrazić. Dziś jestem jeszcze bardziej niedorosła. Wcale mi z tego powodu nie jest smutno.

Co będzie teraz? Za trzy dni Wigilia, a potem przyjedzie ktoś, obok kogo dobrze jest się budzić ;-) i będzie dobrze.

Tęsknię za swoim rowerem.
I za sobą samą z początku lata.
Tęsknię za kimś, kogo nigdy nie było. Głowo, coś Ty narobiła. Masz czas do końca roku, się zebrać do kupy. Potem powiem tacie, babci powiem, oni wszyscy myślą, że ja jestem mądra, a ja wcale nie jestem, to się kiedyś wyda, bankowo bez kitu się wyda. Świecić oczami będę. OGARNIJ SIĘ. Ogarnij.

Takie tam, z potrzeby palców.
W końcu... na pewno. Co najmniej od razu.

środa, 11 grudnia 2013

Codziennie wisi w powietrzu niewypadany deszcz.
Albo pada.
Pierwszy śnieg pojawił się w któryś tam poniedziałek rano - to tak samo dziwne uczucie jak obserwowanie ludzi łapczywie jedzących kebaba jakoś nad powszednim ranem, na przystankach tramwajowych, albo jak patrzenie na sztuczne kwiatki. No po prostu nie. Dysonans. Pierwszy śnieg powinien spaść wieczorem i to najlepiej w wolny dzień. Wracasz do domu i trzymasz kogoś za rękę w rękawiczce i spada Ci na nos wielki płatek. Albo żeby Cię łokcie zaczęły boleć bo patrzysz i patrzysz przez okno i Ci cieplej w środku. W tym roku Ci wcale nie cieplej. Wszystko Ci jedno jest.

Pierwszy mroźny weekend - jakby zima zapętlona nigdy się nie skończyła i trwała cały rok, a lato nigdy się nie odbyło. Tak powinno być. Na co komu lato, skoro po nim i tak przyjdzie zima. Na co komu zakochanie, skoro potem i tak wycierasz smarki  ze wszystkich sił próbujesz się rozryczeć, bo to jak z rzyganiem, daje ulgę, ale no za cholerę nie potrafisz. No włosów Ci nikt nie potrzyma, więc może to i lepiej.

I jest tak jakbyś na huśtawkę wlazła się pobujać, lecisz do przodu z piersią wypiętą silną i pewną i nawet widzisz jakąś logikę i trzymasz się swoich zasad. Już zawsze, już nigdy, no pewnie, mam godność. Następnie z właściwym sobie pędem do tyłu, do pierwotnych prostych poznawczo dostępnych chęci. Gryziesz wargi, zdrapujesz lakier z paznokci. No w co by tu uwierzyć tym razem. Co by tu sobie uroić.
I tak cały dzień aż sznureczek nie puści, wpadasz w wykopany czubkami własnych stóp dołek, obijasz sobie kość ogonową. Może bolałaby mniej, gdybyś wiedziała, że to ostatni raz. Nope! Możesz spokojnie zacząć ryć kreski w ścianie!

Generalnie wszystko gówno prawda. Pogoda wcale nie wpływa na mój nastrój. Ostatnim razem gdy byłam wesolutka, na łeb siąpił mi deszcz i musiałam zawinąć sobie dłonie w wyciągnięte do granic możliwości rękawy swetra. Miesiąc temu.

Ciekawe spotkania mi się zdarzają ostatnio. Na przykład w niedzielę, podczas gdy lepki śnieg zasypywał Plac Zbawiciela, nad herbatą w Ministerstwie. Pomiędzy tematami książek pisania i czytania, doktoratów planowania i gardzenia szkolnictwem, wstydzenia się siebie i sobą kokietowania, słyszałam wiele dobrych słów, na przykład, że czas zacząć traktować siebie poważnie. Mam nadzieję że ja też powiedziałam coś mądrego (Mag?). Niesamowici ludzie czytają tego zdechłego bloga!
W ogóle, ten rok był pełen niezwykle interesujących kobiet. Pierwszy taki rok w moim życiu, do tej pory gardziłam koleżaneczkami, mając w domu pogodnego chłopca. A dziś miewam sprzątające mi (dobrowolnie!) kurz z półek i radośnie pochłaniające moje frytki ze słodkich ziemniaków mądre dziewczęta. Niebywałe.
Nie ma w sumie potrzeby pisać kogo czego ten rok nie był pełen.

Jutro pracowa impreza świąteczna. Rok temu tańczyłam osiem godzin bez przerwy a ludzie pytali mnie czy wciągam koks z deski klozetowej. Nie wciągam. Teraz też mam nakumulowane dużo energii. Nieważne jakiej, skoro przekształci się w beztroskie tanuszki i odrzucanie głowy w tył, czy to od wybuchów perlistego śmiechu czy też od wysycania* się alkoholem.

(*wysycać - w chemii: wprowadzić do danej objętości ciała stałego, płynnego lub lotnego pewną ilość jakiejś substancji, którą dane ciało może wchłonąć; dopuszczalne w grach)

Tak, jestem zła.
Tak, mam nasrane w głowie, bo przecież dwie nogi dwie ręce (trochę słabą morfologię ale od tego tylko niektórzy umierają) pracę dom sukienki włosy kaszę w szafce mamę tatę brata święta. I czelność mówić że mi źle.
Herbata mi wystygła.

Nie, już nie pamiętam jak było w Paryżu, bo to było dawno i nieprawda.
Nie, nie mam zdjęcia.
Jestem negatywem.

poniedziałek, 11 listopada 2013

-->
Z czym kojarzą Wam się Niemcy? 
Mnie z dziwnym chrzęszczącym językiem i z chemią piorącą.
Z czym kojarzy Wam się Hamburg? Z lotami przesiadkowymi?
A Hannover? Z niczym?
Berlin? Źe wszyscy tam byli i wszystkim się podoba.
W tym roku byłam w Niemczech pierwszy raz. Nie liczę wakacyjnego rodzinnego przemykania przez idealnie równe autostrady za czasów dziecięctwa. Tak równe, że zupę możnaby zjeść z płaskiego talerza i ani kropla.
Jeszcze do niedawna nigdy bym nie pomyślała, że jeden z najlepszych weekendów swojego życia spędzę w Niemczech. Większość najlepszych weekendów tego roku!
A jak się zaczął ten najfajniejszy?
Niemiecka Centrala Turystyki zaprosiła Ulę Celebrytkę i Agatę z bloga Kuchnia Agaty na wyjazd pod tytułem Youth Hot Spots in Germany. Niestety (zawsze mam problem z takim niestety, jeśli spotyka mnie potem coś fantastycznego...) Agata się rozchorowała, a że natura nie znosi próżni, zapytano Ulę Celebrytkę, czy nie ma aby jakiejś polskiej koleżanki blogerki. Otóż, miała. Z perspektywą wyprztykania się z kolejnych dni urlopowych pisnęłam więc z radością i bang, plany na weekend gotowe.
Warszawa – Poznań.
Podróż zaczęła się o bolesnej czwartej rano. Dobrze o tej porze jechać pociągiem i gapić się na te wszystkie mgły, chatki, polskie lasy. I rozmyślać. Toalety jeszcze czyste. Melancholia.
Poznań – Monachium.
W każdym łączonym locie musi maczać palce jakiś szatan, bo zawsze jeden z nich jest opóźniony. Zawsze ktoś się powoli wtarabania z bliźniaczym wózkiem, a potem kierowca lotniskowego autobusu jest chyba na stażu, bo nie wie jak jechać. I gnasz jak szalona przez kilometry (przesada zawsze w cenie) lotniska, po to, aby ujrzeć jak stojąca samotnie przy bramce Ula (to już urojenia, ale jakże barwne) ociera łzę, odwraca się i wchodzi do korytarza prowadzącego do samolotu. I krzyczysz i ona się odwraca i wpadamy sobie w objęcia i w podskokach biegniemy stawić czoło przygodzie i wkurwionym pasażerom nieco opóźnionego samolotu.
Monachium – Hamburg.
Opiekują się nami jak królami. Mój pierwszy sznycel na niemieckiej ziemi.
A potem poznajemy resztę ekipy. Sami ciekawi ludzie, dziennikarze piszący o podróżach, muzyce i szeroko pojętym lajfstajlu (a to jak wiadomo, kierunek przyszłości; dobrze, że u nas w Polsce też to wiedzą). Wyborna stylówka pary z Australii od razu nas ekscytuje, więc postanawiamy z Ulą się zakolegować.
I jak już mamy się z kim bawić, to wszystko staje się jeszcze bardziej wspaniałe. Kolacja w portowej knajpie z szalonym akordeonowcem, a potem... Reeperbahn Festival! Ważny Pan opowiada nam, jak to kiedyś tutaj wokół nas nic tylko seksy, narkotyki i morderstwa, ale teraz jest zupełnie inaczej! I idziemy w miasto. Nie jestem jakimś weteranem festiwalowym, ale jest wspaniale. Z każdego kąta inna muzyka, niesamowite budynki, masa ładnych ludzi (no dobrze, chłopców), niekończące się piwo. Densy, chichoty i lodowate powietrze. Dławi mnie z radości.
Łazimy po najfajniejszych dzielnicach Hamburga, a jako wielbicielka miast in general, bardzo sie jaram i robię tysiąc zdjęć. Do efektów dojdziemy. Spotykają nas również z wieloma różnymi ciekawymi osobami z branży muzycznej, wydawniczej i ogólnie takiej do jakiej pewnie że aspiruję. Jest wspaniale i światowo.
Hamburg więc zachwyca – uliczkami, portem, kulturą i atmosferą. Miasta w których jest swobodny dostęp do wody, są najfajniejsze, bo zawsze jest gdzie podziać oczy. Może stąd płynie moja nienawiść do Lublina, który PRAWDZIWEJ ucywilizowanej rzeki nie posiada.
Hamburg – Hannover.
Dobre miasto na pofestiwalową nieprzytomność. Kiedyś trzeba w końcu zregenerować wątrobę. Lodowaty wiatr, spokój i przepyszne, niekończące się jedzenie w restauracji z widokiem na dachy i głowy. Ten delikatny stukot kieliszków i sztućców od którego od razu siadasz prosto.
Hannover – Berlin.
Jak do domu. Ja i Berlin zaprzyjaźniliśmy się już we wrześniu i trafił do mojej osobistej czołówki. Nie wiem co ja mam z tymi miastami, może to taka cecha dzieci z małych miejscowości, które zawsze chciały wracać ze szkoły oglądając wystawy i ostrożnie stawiać kolejne samodzielne kroki. Moja szkoła zawsze była 500 metrów od domu. Jedyna przygoda z tej trasy pokonywanej codziennie przez 12 lat to jakiś pan, który pokazał mi siusiaka.
W Berlinie znów jesteśmy królami życia, jemy cuda, rozmawiamy o życiu nocnym, a potem, zamiast tańczyć w cekinowych stanikach, idziemy na najlepszą w mieście pistacjową baklavę. Całodobowe oblizywanie palców. Następnego dnia chodzimy po chaszczach, oglądając uliczne malunki. A potem wsiadam do pociągu i jadę prosto na kolację z dobrymi ludźmi. Wszędzie dobrzy ludzie. Wtedy. Szkoda, że dziś są daleko. Melancholia. Na drugie mi melancholia, do cholery. Co to się żywi bananami i złudzeniami.
Tak bardzo zazdroszczę teraz wszystkim, którzy uważali na niemieckim w gimnazjum. Już mi się nie wydaje paskudny i niepotrzebny. Wszystko byłoby takie proste, a Berlin znalazłby się nagle jeszcze bliżej, kto wie, czy nie za drzwiami. Bo mimo nieskończonej miłości do Warszawy, tak bardzo, bardzo chciałabym teraz zmienić dekoracje. Jak zwykle zawodzi czynnik ludzki.
Wtem! Zawiodła też fotografia analogowa i zamiast 72 pięknych zdjęć, po wywołaniu zobaczyłam to, co poniżej. Dziękuję pozdrawiam.








Aha, już w środę za drzwiami znajdę Paryż – jeśli znacie jakieś sekretne miejsca które powinnam tam odwiedzić, podzielcie się!

sobota, 19 października 2013

Cześć soboto.
O siódmej rano już wcale mi się nie chce spać. Chce mi się wrzeszczeć na mój mózg korporobota. Wyglądam za okno a tam mgła. Okres mówienia 'tak' jest już co prawda u swego schyłku (więc jak ktoś coś ode mnie chce to teraz), ale mgła to estetyczna potęga warta wygrzebania się z wyra. Więc wsiadam na rower z aparatem w torbie i pierwszy raz w tym sezonie odmrażam sobie palce. Na Grochowie śpią jeszcze nawet psy, a wszyscy ludzie mają nosy w szalikach i już od rana niewiedzieć czemu jakby wkurwieni. Każda płytka chodnikowa jest krzywa albo popękana. Liście wszędzie, papierki po kebabach. Nie wiem gdzie jadę, bo jadę w chmurze. Za ostatni pieniążek kupuję na targu chleb i gruszki: pan sprzedający chleb po raz czwarty opowiada mi o swoim piecu; pani sprzedająca gruszki obraża się na mnie, bo jestem z rowerem. Wygrzebuję dodatkowy ostatni pieniążek i ledwo mogę unieść torbę, bo te wszystkie pomidory śliwki orzechy buraki dynie takie piękne i ćpam je i chce wszystko. Wreszcie wstaje słońce.

Co ma w sobie takiego sobota, że mnie dławi z radości... Jasność, powolność, pościel, gazeta. Albo rak mózgu który strzela serotoniną na prawo i lewo z rzadka, lecz bez opamiętania.

W domu jest biało i pusto i wszystkie naczynia stoją brudne, bo ilość mojego wolnego czasu dni robocze to jest jakiś żart. Pusto. Moc. Czasem tylko przydałby się ktoś do odkręcenia butelki, do zalania herbatki, ewentualnie utkania kołdry w stópkach. Ale mogę sobie kwękać kiedy chcę i na podłodze leżą tylko moje okruchy. I mogę wgapiać się rozpaczliwie w swój tłuszcz i debatować ze swoim ego czy już jestem bardzo gruba czy jeszcze tylko trochę. Moja pierwsza zupełnie samotna jesień. Jak dotąd jest nieźle, bo mam na podwórku fajne koleżanki (i wyjątkowo zero kolegów), ale jeszcze nie zaczął padać deszcz. Jak zacznie, to uwierze, że skończyło się lato. Bo póki co mam jeszcze jakieś resztki szaleństwa i porywy serca i gęsiej skórki.

A gęsia skórka to najlepsze co się może człowiekowi przytrafić. Zawsze gdy się pojawia, nie umiem słowami wyrazić tego, co czuję, a słów znam dużo. Spacery mostem w tę i z powrotem, ciemną nocą albo z powolnym wschodem słońca za plecami. Mosty mają coś takiego w sobie. Tatar za osiem złotych w najgorętszy dzień lata, popity orzechówką i zagryziony własną pięścią. Deszczowy plac Zbawiciela o siódmej rano (pogoda wyraża uczucia podmiotu lirycznego). Albo taki moment berliński, gdy pociąg tuż przed Bulowstrasse bierze ostry zakręt nad ziemią i coś wciska Cię w fotel i odchylasz głowę i nie dajesz rady powstrzymać uśmiechu, ale patrzysz, bo za oknem na chwilę ukazuje się panorama Berlina z wieżą telewizyjną w tle i na nikim wokół Ciebie nie robi to wrażenia! A jeśli jeszcze leci w słuchawkach odpowiednia piosenka... Rajtuzy w strzępach. To mój berliński tip, dla ludzi którzy pogardzają zwiedzaniem Brandenburger Tor (nie umiem tego wymówić mimo długich ćwiczeń dykcyjnych z Ulą Celebrytką!).

No i niby mamy jesień ale nadal wszystko jest gwałtowne i we wszystko rzucam się z głową. Ciekawe od czego w ten sposób uciekam. A co jest najgorsze? Że znów nie wiem, kim chcę być jak dorosnę.
Drży mi broda trochę.
''Of course there're million things that I'm afraid of but I'm not scared of this.' Jak się położę na plecach na wodzie to też gdzieś dopłynę, no nie? No tak.

Strasznie się zmęczyłam. Nie umiem pisać. Nic innego nie umiem. Jeść umiem. Niech ktoś ze mną porozmawia. Znajdzie mi nową pracę i hobby, żebym była ciekawą osobą w towarzystwie. Albo w sumie i tak mi nie zależy. Zamierzam przeżyć życie pod kołdrą, pod dwiema kołdrami.  Jedną ułożę sobie na kształt człowieka. Muszę czymś wypełnić ręce. Czas spać. Dobranoc soboto.


(berlińskie, bo Berlin najlepszym miastem tego roku)


poniedziałek, 2 września 2013

Nareszcie skończył się sierpień.
Ciągle byłam niewyspana, po milionokroć niewyspana. Gdzieś w powietrzu czaiło się za dużo rzeczy do zrobienia. Ale nie ze umyć gary i brodzik, tylko jakieś takie trzepotanie się gdzieś na trawie, albo rozmowy które możnaby przeprowadzić, albo tańce do wytańczenia. Każdej nocy ludzie całymi tabunami zwalają sie do mojej głowy i sami tam o sobie mysla, bo ja przecież śpię, a potem budzę się i nie wiem czy to możliwe, żeby przed chwilą tu byli skoro drzwi są zamknięte. Zawsze trochę wierzę że byli.

Za każdym razem gdy powietrze gdzieś obok falowało z gorąca, myślałam sobie, że to fatamorgana i wcale nie jestem dorosłym człowiekiem. Prędko nie zafaluje, bo, co szokujące, znów idzie jesień.

Czasem wstawałam z łóżka i taka prosto wymięta wkładałam swoja najładniejsza sukienkę, która jeszcze pachnie jakimś lepszym towarzyskim dniem, malowałam oko i wychodziłam. Niby to taka jestem wczorajsza, mam życie i w dodatku się wyspałam. Taki wybryk lajtowego ćpuna. Czasem wracałam o 8 rano, jeszcze nie do końca odpowiednio zdruzgotana. Nie przespałam ani jednej piątkowej nocy. Jak nie ja.

Był taki tydzień w którym co rano trzęsły mi sie rece ze zdrapanym lakierem na kazdym paznokciu. Ale lepiej czuć wielkie cos niz szare nic, przynajmniej mnie lepiej, teraz. Chociaż z perspektywy czasu stwierdzam, że najgorzej czuć wielkie szare coś. Czekam aż się wyczuję i oprzytomnieję.

Chciałabym zeby moje poczucie własnej wartości nie zależało od tego, co myślą o mnie ludzie, zwykle konkretni, nie jacyś tam przypadkowi. Jestem chodzacą patologią. Albo, żeby tego poczucia nie był tak łatwo w stanie zrujnować każdy przejaw odrzucenia. I w każdym momencie, gdy wydaje mi się, że już wszystko pogodzone i zrozumiane, przychodzi chwila bezrefleksyjna, która mi resetuje moje analizy i znów zostaję obrócona w załzawiony kłąb rozczochranego smuteczku.

To chyba ta długa zima wyzwoliła jakieś kurze, normalna zima nie robi ludziom takich rzeczy. Po normalnej zimie nikt nie musi siebie wywracać.

Taki był sierpień i na szczęście się skończył. Wrzesień życzyłabym sobie o wiele mniej roztrzęsiony i niewyspany.
Pierwszy raz pisałam z pociągu. Przeczytałam tydzień temu 'Trociny' Vargi, podobno pisane właśnie z pociągu i chyba coś w tym jest. Mogłabym coś tak wystukać.
A resztki dopisuję z berlińskiego mieszkania mojej szwajcarskiej host rodziny, w którym pobęde do połowy września. Berlin wielce okej, szkoda tylko, że dokładnie w momencie gdy wysiadłam z pociągu, zaczęła się jesień. Wszystkie sukienki zapłakały. Chętnie przyjmę ciekawe adresy!
Taki apdejt.




sobota, 27 lipca 2013

Każdy jest swoim własnym serialem. Nie wiem ile mam sezonów, ale wiem, że jeden się skończył i idzie nowy. Bardzo ciekawy. Bardzo nie wiem o czym.

Dla tych którzy sie nie zorientowali przy poprzedniej notce i kilku tweetach, jakiś miesiąc temu ja i Marceli postanowiliśmy dać sobie spokój. I nastało świeże powietrze. Tańczę sobie sama. Karmię się spojrzeniami jakbym skończyła dietę od której człowiek jest bladą osowiałą sową. Nie wiem czy to dobrze, czy tak można, czy trzeba było jednak bezę i serce z balonów, albo chociaż jakieś tabletki na uspokojenie wkurwienia. Może tak. Nie znalazłam żadnej wyższej idei w imię której powinnam, a guideline'a żadnego nie posiadam, więc zobaczymy. Prościej jest robić wszystko na wyczucie. No więc wyczucie podpowiedziało – idź w świat, pókiś młoda i masz akurat takie wahnięcie nastroju, że wydaje Ci się, że jesteś odważna. Jesteś, kurna. Tylko zapomniałaś.

Najlepszy lipiec świata z najfajniejszą osobą na świecie, doskonale wpasował się w nowy ekscytujący okres mówienia ‘TAK!’, a nie ‘hm zobaczę, ale w sumie to już dobrze wiem że zostanę w pościeli i będę się miotać w irytacji’. No więc było Wilno, były pijackie wschody i zachody słońca, spotkania z niesamowitymi ludźmi i dziewczyńskie rozmowy o siusiakach. Trzy ciasta na trzy tygodnie, w tym obezwładniający sernik  z przypalanym masłem (przepis tu). Jak już w mocno kacową ostatnią niedzielę po przebudzeniu z nerwowej drzemki zamknęłam za nią drzwi, poczułam się jak małe smutne zwierzątko i musiałam szybko schować się pod kołdrę razem z głową. To tak bardzo nie fair, że wszędzie pełno nieszczerych pajaców i ludzi, którzy śmierdzą, a ci najlepsi są zawsze za daleko. Ale może dlatego są najlepsi, bo dawkowani z umiarem?

A dziś mamy mój pierwszy samotny weekend. Nic się nie stało.  Jak w Koniec Świata 2012. Pierwszy raz odkąd tu mieszkam, sama wyniosłam śmieci. To łatwe, po prostu bierzesz na plecy wór rzeczy o których myślałaś już jakiś czas i z hukiem usuwasz ze swojego życia. Jak czysto. Ciekawe jakie rzeczy staną się moim nowym bałaganem. Jeszcze tylko pierwszy raz sama pójdę do piwnicy i będę najprawdziwiej dorosła. No więc pierwszy samotny weekend i tańczę w majtkach i nos wystawiłam na skwar tylko po to, żeby kupić coś do jedzenia. To że jest ładna pogoda nie znaczy, że trzeba wychodzić z domu, przerabialiśmy tę lekturę. 

Parafrazując pewnego popularnego japońskiego pisarza przed którym się wzbraniałam a który umilił mi wiele tramwajowych podróży, pożyję sobie tu jeszcze trochę i zobaczę co się stanie. W depresję zawsze mogę wpaść później.




wtorek, 18 czerwca 2013

Chciałabym czasem mieć takie zwykłe życie osoby z małego miasteczka. I niech żadna osoba z małego miasteczka sie nie gniewa. Wyjść za mąż za miłego chłopca, którego rodzice mają fabrykę opon i którego ubranie nigdy nie przestaje dziwnie pachnieć, ale to nie szkodzi, bo przecież chodzimy ze sobą od liceum i pierwszy pocałusek nadal nas łaskocze gdzieś tam, nie szkodzi, że już niewiele ze sobą rozmawiamy. Wziąć ślub w bezie, w morelowej sali z makaronami w oknach, dziękować wujkom za gratulacje, poprawiać tłuszcz wychodzący spod pach. No bo tak jest, nie ma się co gniewać. Taki mam obraz, znaczy, więc tak bywa. Że pannom młodym tłuszcz wychodzi spod pach i one za tą, tę suknię szarpią. Zajść w ciążę i głaskać się po brzuchu, urodzić bobasa i wozić go na spacery alejkami osiedla. Gdzie emerytki i inne mamusie, moje koleżanki z liceum, oblepiły ławki i zastanawiają się, czy już pora na pokrycie odrostów. Kupować co rano, czy słońce czy deszcz, dwa bochny w piekarni, jeść kanapki z pasztetem i plasterkiem ogórka. Wstawać wcześnie bez potrzeby, dla kogoś coś robić. Obiad. Przejąć cudze nawyki, najlepiej teściowej. Przykrywać garnki talerzem. Dodawać do obiadu wegetę i warzywko, bo od razu wszystko smaczniejsze. Piec ciasto z dwoma torebkami budyniu. Spać w pościeli z kory (chryste...). Ubrać dziecko w zblakły róż, a jak wyje, dać mu czipsy. Całować mężowskie wąsy. Kurna, takie by wszystko było proste.

Chciałabym jeść prostokątne kanapki z mielonką i ogórkiem kiszonym, takie jak zrobiła babcia, kiedy oglądaliśmy mecz siatkówki, a mój mały brat płakał, bo przegraliśmy. I wtedy rodzice zastukali nogą lalki w pręty balkonu, bo właśnie wrócili z wakacji. A ta lalka była dla mnie i dzisiaj śpi w pudle.

Puzzle układać, najgorsze niebo, woda i trawa, więc najpierw ramka. Rok temu francuskie dziecko mnie skrzyczało, że wcale tak się nie układa. Więc może nawet to się zmieniło.

Być prowadzona za rękę, trzymać matczyny palec, łapać połę płaszcza w kolorze rozbielone bordo (najgorszym ever, ale to były wczesne lata 90, więc wybaczam, okulary i tak były gorsze - ale śliczne, mamo). Ktoś inny kupuje truskawki i wymywa z nich piasek i w dodatku wyjada te obite. Ktoś płaci rachunki i zapełnia lodówkę. Łazienka sama się sprząta i nigdy nic nie przykleja się do stóp od spodu. Dni same się dzieją. Leżę na ławce w getrach z Casperem (swoja drogą, to jedna z bardziej przerażających, a zarazem moich ulubionych bajek - Casper poszedł na łyżwy z tatusiem, zmarzł i potwornie zachorował, a następnie umarł i stał się hiper wesołym duszkiem - how creepy is that) jest 30 stopni, wszystkie dzieci zniknęły, a ja czytam numer specjalny Kaczora Donalda. Mama wiesza na balkonie pranie. Chcę być wtedy. Chcę mieć łatwo.

Niby mam łatwo. Nie muszę sprzątać jak nie chcę, bo nikt mnie nie zruga. Nie muszę wychodzić z domu, jak jest ładnie. Praca się toczy, niby taka wymarzona, ale to już mówiłam. Knajpy się odwiedzają, pachnące gazety lądują na stole, kawa się wypija, ubrania skupują, nawet włosy jakby się kręcą. Ale co z tego. Gdzie sens, pytam się. A komu on potrzebny, odpowiadam. Oh, fuck it.

Nic się nie pisze. Ulotek o odkurzaczach nie liczę. Maili też (tu muszę powiedzieć, że absolutnie kocham maile od Was, ludzie, którzy to czytacie, serce roście za każdym razem!! zwłaszcza jak mi opisujecie obrzydliwe rzeczy, które Was spotkały, czuje się jak matka chrzestna wszystkich zdegustowanych)(Basiu, autorko najświeższego maila, to dzięki Tobie poczułam wyrzuty sumienia tak gniotące, że postanowiłam wykrzesać z siebie cokolwiek).
Potrącił mnie samochód, jak jechałam rowerem. Nic mi się nie stało. O tyle to przerażające, że jakieś pół godziny wcześniej wyobrażałam sobie, że potrąca mnie samochód i wreszcie się wszyscy nade mną litują, jaka ja biedna smutna Kasia, wreszcie ma powód do ust w podkówkę. Dzwonię do pracy, wszyscy się martwią. Jestem tematem. Jestem durna.
Boli mnie stopa, dotkliwie i nieuleczalnie. Pęknięta trzeszczka, przypominam. Nawet gdybym chciała, medicover nic mi nie zrobi, bo jest absolutnie najgorszą prywatną opieką medyczną świata. Gdybym umarła, moje zwłoki trzy tygodnie czekałyby na stwierdzenie godziny zgonu. Skoro przy zabójczych grypach na lekarza pierwszego kontaktu czeka się cztery dni.
Pragnę rozrywek i uciech. Ale nie mam z kim ich popełniać. Dwa tygodnie temu zdarzyła się jedna, pracowo integracyjna, pijacka i cudowna, z łażeniem po lodowatej trawie o świcie i wycieczką nad rzekę we mgle i planami wykradzenia klucza do basenu. Obudziłam się (a raczej przestałam zmuszać się do spania i weszłam rześko w nowy dzień) ze strasznie czerwonymi ustami, jak jakaś pieprzona królewna śnieżka, mimo, że jedyne czego nimi dotykałam to brzegi kieliszków. Wszyscy byli senni i jeszcze szczerzy. Powrót autokarem i siedzenia na samym końcu, tam gdzie wszystkie łobuzy i najfajniejsze chłopaki. Takie małe kolonie. Fajnych mam ludzi w pracy. Jak się pominie niesmaczną śmietankę branży reklamowej, to zostanie to co najlepsze - cała masa twórczych cudaków i piotrusiów panów. Szkoda, że po pracy idą do domu. A ja... okrężną drogą.

No i finalnie, chyba jestem... samiuteńka. Od dziś.

Fin de siècle.

Powiedziałam, proszę się nie gniewać. To szkodzi na radość.

Aha, jeśli ktoś mnie spotka na ulicy, to uprzejmie proszę o kontakt, zgubiłam się, nie mam obróżki, nie boję się ludzi, na oko dwadzieścia parę lat. Bo czasem mi się zdarza, w całej swojej depresyjnej schizofrenii, że ktoś jakby poznaje... patrzy... patrzy...więc ja...nie wiem co robić i... czuję się gwiazdą gwiazdą ludzi fantazją, a to pewnie jakiś zbok albo wredna sucz której się nie podobam z facjaty. A nie Wy. Więc proszę, powiedzcie 'cześć' na ulicach Warszawy.





sobota, 20 kwietnia 2013

Jako że rzeczywistość mnie się niezbyt podoba a proces zmiany jest zbyt wolny żeby nagle uczynić dzień niepodobnym do dnia, postanowiłam mówić TAK! wszystkim filmom, które mnie zaciekawią lub zostaną mi polecone. I całe szczęście, oh boże. Ileż pięknych godzin w ten sposób spędziłam w pościeli. Wiadomo, blogosfera i internetosfera tworzy kręgi wzajemnej adoracji i adoracji przedmiotów podobnych. Więc wszyscy kochamy te same filmy. Ale może ktoś jeszcze nie widział: (nie, pod tlustymi literami nie ma linków, jest sobota, nie mam na to czasu! hehe)
Take this waltz - cudo. Najlepsze są takie filmy w których dużo się rozmawia, zwłaszcza oczami. Ludzie mają spocone czoła i dokładnie wiem, jaka jest pogoda, jak się ją czuje na skórze. Nie będę pisać o czym jest, bo tata na mnie krzyczał jak w dzieciństwie pytałam o czym jest film. No to się nauczyłam, nie pytać i nie odpowiadać. Bo to tak, jakby go zniszczyć. Jak ten pyłek ze skrzydeł motyla, który PODOBNO, gdy się go zetrze, to już totalnie uziemia motyla i on, ten motyl, już na amen zostaje na ziemi, na pewną śmierć. Śliczne sceny na karuzeli, tak jak już pisała tola, piękne małe drobne ułamki scen i uczuć które mam w głowie. Nie napiszę w sercu bo to dosyć retro, przyznacie sami.
Beginners - ja to jednak jestem fatalna w opisywaniu filmów, nawet się nie staram. Po prostu uwierzcie mi na słowo, że nie pożałujecie, jeżeli jesteście wielbicielami filmów typu (tak, przed chwilą podniecałam się tym na twitterze) NIEPOZORNEGO.
Inne przykłady kina NIEPOZORNEGO:
Me and You and Everyone We Know - Staroć, ale może kto nie zna? Dwa słowa: Miranda July. No i wszyscy inni.
Lars and the real girl - nie jestem Team Ryan, ale film przesłodki. Oh jak pięknie wygląda na ekranie wstydliwość i nieśmiałość zamiast darcia mordy i strzelania.
Historie kuchenne - jestem pies na filmy skandynawskie. Długa zima i ciemna noc 10 miesięcy w roku widocznie odciska jakieś piętno na mózgach filmowców, bo co w kinie skandynawskie, to zawsze bardzo ciekawe. Bardziej szalonym polecam filmy tego pana: Anders Thomas Jensen. Na przykład Zieloni rzeźnicy.
Człowiek z Hawru - jak wyżej. No miód malina!
Jeśli nawet jeden procent, czyli 1/3 czytelnika, pokocha któryś z filmów, dla których jest specjalny przedsionek w moim sercu, będę wielce rada. Jeśli komukolwiek przyjdzie do głowy coś odpowiednio NIEPOZORNEGO, niech poleca! Ciągle trwa tydzień przyjmowania propozycji!

A teraz pozwólcie, że oddalę się wziąć prysznic i modlić się, żeby woda nie wystąpiła ponad brzegi brodzika (mam wrażenie że w odpływie mieszka jakieś zwierzę futerkowe) oraz wlać w siebie gorącą szklanicę fervexu, który smakuje jak sproszkowane kości rozpuszczone w wodzie. Nienawidzę takich pseudomiłych napojów. Nie jestem durniem, żeby malinowy smak lekarstwa sprawiał, że zapomnę, że napieprza mnie łeb i nie mogę oddychać prawą dziurką, a mój głos obniżył się o oktawę. Tak samo jak nikt mi nie wmówi, że rozpuszczalne wapno o smaku pomarańczowym to niemal zupełnie to samo co pomarańczowa fanta. A pomarańczowa fanta to sama rozkosz. Nieprawda. Wapno smakuje jak strach, strach przed byciem wrobionym. Nie będzie bolało, taka mała igiełka. Nie będzie bolało, ten ząb wisi już tylko na ostatniej niteczce. Nie będzie bolało, bardzo szybko oderwiemy ten plasterek. ZAWSZE bolało a wapno jest obrzydliwe. Tak jak pomarańczowa fanta, moim skromnym zdaniem.

wtorek, 16 kwietnia 2013

W swej całej mizerii jestem przytomna. Lub też miewam chwile przytomności. Widzę wówczas rzeczy, o jakim nikomu się nie śniło. Takie rzeczy widzą wszyscy ludzie którzy jadą ze mną autobusami i tramwajami na Pragę.

Na przykład wczoraj. Szary deszcz łomocze w moją korę mózgową, a w tramwaju grupa starych dresiarzy - jest coś takiego? No stary chudy menel, ale bez toreb, ubrany w dres. W liczbie pięciu. Sinoczerwoni na twarzach. Wrzeszczą 'PRZEPRASZAM, PRZEPRASZAM!!' dotykając nas wszystkich po ramionach, skupiają się przy przednim wejściu. Jeden z meneli głosem nadal krzyczącym mówi: 'COŚ..POWIEM WAM, COŚ TU STRASZNIE ŚMIERDZI...!!'. Publiczność zamiera, zaintrygowana komizmem tej wypowiedzi. Staruszki umykają w popłochu z przednich siedzeń. Menel zamyśla się i biorąc zamach plecaczkiem staruszki, która nie zdążyła uciec, bo miała na nodze wielki żółtawy bandaż, miota owym plecaczkiem w tłum i kończy: 'COŚ TU ŚMIERDZI TAKĄ.... GORZAŁĄ NORMALNIE!'. Nikt nie komentuje. Wszyscy chcemy krzyknąć: to z Twoich ust! Menele, z poczuciem spełnionego obowiązku, otwierają puszki piwa. Piją. Mija dziesięć sekund. Menel myśliciel głośno wymiotuje piwem na przednie schody tramwaju, wielokrotnie spluwając i miotając przekleństwa. Tramwaj zatrzymuje się na przystanku koło Parku Skaryszewskiego. Jeden z meneli wrzeszczy: 'NO TO CHYBA WYSIADAMY!'. Wysiadają. Rośnie we mnie potworny chichot.

Lub na przykład dziś. Podróż z pracy do domu trwała sto godzin, a zaczęła się od bolących od bucików na obcasach stóp. Jestem teraz osobą, która nic sobie nie robi z niewygody i biega w obcasach. No takich 7 cm to pewnie sie nie liczy, oraz bardzo wygodnych, ale zawsze to obcasy. Po przejściu dwóch kilometrów śliczną Warszawą (Koszykowa i okolice, mniam) zaszłam obejrzeć zbyt drogie oprawki okularowe i wróżę sobie miesiąc o kaszy z tłuszczem, bo takie oprawki to jest one lifetime opportunity. Za siedemset złoty, tfu. Kontynuując, następnie przeszłam kolejny kilometr do przystanku, kręcąc nieco tyłkiem, bo w tamtych okolicach wszyscy tacy przystojni, że nie wypada iść jak szara mysz. Stopy sine. Awaria tramwajowa (piąta na przestrzeni miesiąca) znów popchnęła mnie na szlak pieszy. Uciekła mi kolejka pociągowa. A nawet podbiegłam, więc stopy fioletowe. Niestety. Wtem! Odnalazłam rowery. Na obcasach jeździ się bardzo łatwo. Wywlekłam rower na most. Nie podarł mi rajstopek. Przejechałam sto metrów, musiałam przewlec rower na drugą stronę mostu. Rajtuzy nadal całe. Dalej już było łatwo i spokojnie, jeszcze nigdy w życiu nie mieszkałam w miejscu, w którym mogę przejechać rowerem przez rzekę. I pachniało latem, a nie wiosną. I tak sobie jechałam z pieśnią na ustach aż do momentu, gdy przestałam. Bo zamarłam. Koło stadionu. Z toitoia. Wystawała. Smycz. Z PUDLEM na końcu. Pudel patrzył mi w oczy gdy jak opętana szukałam telefonu żeby wykonać zdjęcie. Niestety, mocz widać był szybszy i nie zdążyłam, bo z toitoia wysze∂ł po chwili dresiarz i zaszczebiotał do pudla. A potem poszli w swoją stronę. Do tej pory jestem urzeczona.

Ostatnim uroczym momentem tego dnia był staruszek, z rodzaju tych niezwykle wręcz zgarbionych, siwiutkich i nieśmiało uśmiechniętych (mój absolutnie ulubiony rodzaj), który w złodziejskim sklepie Marcpolu miał w koszyku książkę pt. 'Dziady', lekturę dla liceum. Dziadeczek, dziady. No po prostu przesłodkie.

Dzień zakończyłam lepieniem wegeburgerów, o tych: te. Podczas gdy się pieką, ja zażywam alkoholu niskoprocentowego i podniecam się niewiadomo za bardzo czym.

Nie, nie brałam narkotyków. Tak po prostu czasem mam, drugie wachnięcie hormonalne nastrojowe. Przeciwieństwem depresji jest bowiem mania. No to macie, minimanię. Pozdro szeset.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Wszyscy jesteśmy obłąkani. Na szczęście przez półtorej godziny ja byłam obłakana mniej, a szczęśliwa bardziej, bo wreszcie włączyłam nowiutki odcinek serialu idealnego. Który mnie jednocześnie denerwuje, bo rozjątrza moje nowojorskie pragnienia i wywołuje zgrzytliwy dysonans związany z robotą - CZEMU ja nie mogę chlać na umór w godzinach pracy? Takie dobre reklamy by powstawały. Ulotki i folderki o telewizorach i klimatyzatorach. Takie dobre życzenia na kartki urodzinowe. Takie posty na fejsbuka. Wszyscy byśmy zapomnieli, że zmywarka w kuchni psuje się co miesiąc. Nasz klient jest wspaniały. Kocham AGD. Kocham RTV. Mój komputer ma między klawiszami okruchy z pięciu pokoleń pracowników i obrzydliwe do granic możliwości cieniowanie bordo. BORDO. Mój kolega z biurka obok skleja za długi kabel taśmą klejącą i nie kłopocze się wciskaniem prawego przycisku myszy, bo i tak nie zadziała. Technology everywhere.

Mam nadzieję że nikt nie wie kim jestem. Wszyscy ważni ludzie i tak mówią tylko po koreańsku, a nawet gdyby wrzucili mnie w translatora to i tak przedziwna składnia, staropolska egzaltacja i wielokrotne złożenie zdań doprowadziłyby ich do nikąd. Ni kąd, haha! Wiem, bo próbowałam. Trochę jakbym czytała kogoś, kogo w jego szaleństwie chciałabym poznać.

Anyway, jest niedziela a ja myślę o pracy. Jaka jest nierzeczywista. Jeszcze rok temu spędzałam całe dnie w pościeli i marzyłam o swoim obecnym życiu. Jeszcze dwa lata temu, albo nie wiem kiedy, byłam na etapie wymarzania sobie drogi zawodowej. Teraz na niej jestem, w takiej trochę koleinie. I powinnam być strasznie zadowolona, ale przecież oczywiście że nie jestem. Powinnam skakać jak opętana z radości bo przecież po psychologii UMCS nikt nie ma pracy, a największe szczęście to promocja cukierków pullmoll w tesco. No dobra, więc zdobyłam pracę o jakiej marzyłam, strasznie mnie jara nazwa mojego stanowiska - c o p y w r i t e r. Brzmi jakbym nosiła okulary w rogowej oprawce i z ołówkiem w zębach stukała w (maszynę do pisania) komputer (bez BORDO cieniowania, jezu). Co najmniej Macbooka. Co najmniej pisała rzeczy które zbawiają świat.
Tak oczywiście nie jest.
No więc dobrze. Marzenie wymarzone, marzenie spełnione, co dalej?
Nie wiem.
Mam w ogóle wrażenie, że wewnątrz mnie, albo raczej na zewnątrz mnie, wyrosła nowa osoba. Która rozumie co się do niej mówi, wykonuje zadania, posługuje się słowami typu briefing, statusowanie, trafficowanie, tekst bardziej shopperowy, kolor bardziej premium, rtb, cta. I ta osoba jest szczurkiem na kółku, robi wszystko co trzeba, a ja wewnątrz niej nie mogę się nadziwić. Jakby to się działo samo. Podchodzi ktoś i mówi coś, a ja wiem, że zaraz będę musiała odpowiedzieć i przeżywam moment paniki że przecież boooże, ja niewiem nieumiem niechce co mi do tego, nie pamiętam tekstu (tak kiedyś było na scenie, gdy byłam jeszcze człowiekiem który śpiewa - sekundę przed pierwszą zwrotką nie pamiętałam ani słówka) i nagle - osoba zewnętrzna zaczyna mówić płynnie, osoba wewnętrzna stoi z otwartą japą. Ej, skąd to wiesz? Robocie!?
Pożyłabym sobie w takich latach 70 w Nowym Jorku. Pożyłabym i teraz. Mam nawet notes w którym zbieram same wspaniałe pomysły dotyczące tego, jak to zrobić. Piłabym i paliła nad kołyską własnego dziecka. Paliłabym wymyślając budzące dreszcze zrozumienia reklamy prasowe i telewizyjne. Jak Peggy Olson. Czas nieteraźniejszy przypuszczający to moja specjalność.

Idę na pływalnię Szuwarek popływać w zupie z grochowian i gocławian i prażan in general.
Gdyby ktoś chciał się zaprzyjaźnić to zapraszam. Wszystkich ludzi których znam już zanudziłam, teraz Wasza kolej.



sobota, 13 kwietnia 2013

Dziwne rzeczy się dzieją.
Leżąc w łóżku i zlizując z widelca pastę z makreli, a następnie z łyżeczki lody śmietankowe z wkruszonymi czekoladkami reeses (proces wkruszania wyglądał chyba jak narkomańskie robienie działy, czy coś) obejrzałam dziś popołudniu dwa filmy. O pierwszym już zapomniałam, bo mój mózg digital native'a jest nieprzyzwyczajony do długiego skupiania uwagi, a drugi to był 'Dans la maison' Francoisa Ozona. Powinnam go obejrzeć właśnie teraz dziś na festiwalu Off Plus Camera, ale nie znam ani jednej osoby w Krakowie, która by ze mną spędziła dzień. To znaczy, że nie znam nikogo w Krakowie. Nigdzie nikogo nie znam i denerwuje mnie to potwornie. Nie wiem na którym etapie zniknęły wszystkie osoby które znałam. Tzn wiem, między jednym chłopakiem a drugim. No dobra, nawet gdybym kogoś znała, to byłoby mi smutno spędzić w sumie 10 godzin pierwszego słonecznego weekendu tego roku w pociągu, łapiąc cudze resztki kaszlu w płuca. Wystarczy mi charknięć i smarków i zarazków z rurek tramwajowych. Klimatyzacyjnych mikroklimatów. Knajp w których nie ma lazienki a ja musze zjeść burgera rękami którymi dotykałam rurek i poręczy i klamek. Ropna rana bezdomnego może też ich dotykała.

Film. Ludzie o lubieżnych twarzach i ich fantazje. Takie twarze ciężko znaleźć na ulicach, przodują wraz ze mną na czele posiniałe kartofle z depresją. Teatralni ludzie w filmach są dużo mniej irytujący niż w prawdziwym życiu. W prawdziwym życiu chcę ich uciszać ciosem w twarz. W ogóle mam wrażenie, że jestem tak naprawdę dresem, najprawdziwszym Sebą. Tylko bym lała, szczerze, po zębach. Na przykład na siłowni. O ile nie rwę się do bitki z karkami, z ktorymi nawiasem mówiąc mowimy sobie 'cześć' bo trzy miesiące regularnego wspólnego pocenia się robią znajomość, o tyle już małe tłuste dziewczynki sprawiają, że zaciskam zęby narażając na szwank szkliwo. Jest jedna mała tłusta dziewczynka, z biustem większym niż mój i pośladkami wielkości moich dwóch głów. Spędza dwie godziny poprawiając sobie kucyk widowiskowo trzepiąc włosami na wszystkie strony, oglądając swoje plecy w lustrze i obciągając koszulkę na sadle. Uprzejmy pan trener wskazuje jej ćwiczenia, a ona udaje że je wykonuje. Gdy tylko klapki (tam wszyscy oprócz mnie są w klapkach i skarpetach) pana trenera się oddalą, dziewczę znowu poprawia kucyk i zaczyna zwisać na maszynie, lub też w debilny sposób się nią zabawiać, na przykład przez pięć sekund napieprzać na orbitreku tylko po to żeby zaraz przestać, pojechać do tyłu, poprawić kucyk, obejrzec plecy i znów, w finale, dołączyć do wyimaginowanej siebie samej sprzed paru minut i skończyć pilnie serię orbitrekowania. Gruba dziewczynka ma dwie koleżanki lolitki, szczupłe i gibkie małe sarenki, z ktorymi sobie chichocze, acz nie przystaje. Ostatnio nawet postanowiła narazić swoje uzębienie by tylko jej mała grupka społeczna ją pokochała, w tym celu z hukiem zwaliła się z bieżni ustawionej na maksymalną prędkość. Nastąpił atak chichotu. Też chyba tak robiłam, głupie rzeczy kupujące sympatię. Damn, czemu człowiekowi rośnie mózg tak późno. Niemniej jednak, chcę stłuc małą grubą dziewczynkę, która oszukuje poczciwego pana trenera i zajmuje wszystkie sprzęty na siłowni jednocześnie. Taka jest obfita.

Nikogo nie obchodzi gruba dziewczynka, no ale od czegoś trzeba zacząć. Gruba dziewczynka pozostaje korkiem w mojej głowie, dalej chyba jest coś lepszego.

No chyba że nie jest, bo ostatnimi czasy zajmuję się głównie martwieniem się. Bozia nie podarowała mi umiejętności podejmowania decyzji, ale już hojnie sypnęła byciem grzecznym. Dlatego teraz codziennie boli mnie żołądek BO NIE WIEM CO ROBIĆ. Ze swoimi życiami. Nic nie chce rozwiązać się samo. Wyrwanie chwiejącego się na jednej mikroniteczce zęba na sto procent będzie potwornie bolało, a nawet jesli nie, to jest bardzo stresujące. Albo taki plaster, podłączony bezpośrednio do mózgu. Strupek. Kusi żeby zerwać. Poboli i przestanie. Albo dostaniesz zakażenia i umrzesz. Na włosku może podobno zawisnąć 90 gram CZEGOŚ. A mnie się wydaję że dużo, dużo więcej.

Jestem lajtowym ćpunem. Bardzo głośno słucham muzyki gdy bardzo szybko biegne. Nie noszę parasola. Piję mocną kawę. Szoruję prysznic bez rękawiczek. Trzęsącymi się rękami wkruszam zamrożone czekoladki do lodów. Niech pomoże. Bo zwariuję.

Więc film spoko. Drugi film który obejrzałam to 'Smashed' z Jessym z Breaking Bad. Wracaj skądżeś przybył milusiński. A trzeci, przedwczorajszy, to 'Little furnitures' z Leną Dunham. Jej egzystencjonalna, nieco histeryczna nostalgiczna depresja znudzonego człowieka najbardziej do mnie przemawia. Girlsy, wracajcie. Seriale, wracajcie. Rozwiążcie moje dylematy!

wtorek, 19 lutego 2013

Luty jest taki fatalny. Nie zdziwiłabym się gdyby w lutym działy się wszystkie katastrofy, w lutym ludzie wchodzą pod pociągi, lub przynajmniej chcieliby troszkę to zrobić ale się boją, że rodzicom będzie przykro. Luty jest gówniany, niby taki krótki i niby prawie wiosna, ale to nigdy nie prawda. Zawsze zima, masz dość żarcia które siedziało korzeniami w ziemi, słodkawego zapachu jakichś pieprzonych pulpetów z marchwią który zawsze wpływa do Twojego mieszkania z klatki schodowej, co sobota. Co niedziela budzi Cię zajadłe walenie w kotlety schabowe, dokładnie 3 metry nad Twoim łóżkiem. Wrony się na Ciebie zamierzają. Psy srają jak szalone. Zakazać psom srania! Niby stopniał śnieg, więc kupy opadły swobodnie na pobocza chodników, ale codziennie pada troszeczke nowego, a za każdym jednym masz ochotę wrzeszczeć. Jak dzieci sąsiada, dokładnie metr za Twoją głową na podusi, cały dzień, od rana do nocy. Póki nie słyszysz odgłosów uderzeń, nie zadzwonisz na policję, bo może to po prostu straszliwie rozdarte dzieci. Ganiają się a potem wyją. Zapraszają gości z którymi ganiają się a potem wszyscy razem z tymi gośćmi wyją. A potem wrzeszczy tatuś. Z przekleństwami. Moi rodzice nie przeklinali, ale ja chyba będę. Bo wszystko mnie denerwuje.

Luty jest taki wspaniały.
Wszystko jest takie wspaniałe. Moje białe mieszkanko na Grochowie. Moja praca, o której jeszcze rok temu nawet nie śmiałam marzyć. Moja cera.

Nadal nie mam zwierza. Nadal mam chłopca. Nadal mi nic nie pasuje i chciałabym więcej niż mam. Chciejstwa na teraz to pięć kilo mniej (standard), niesamowita i zupełnie niespodziewana oferta pracy zagranicznej (lub jasna ścieżka kariery która mnie do takiej roboty doprowadzi) lub dużo pieniędzy. Drogie kosmetyki, które mają na twarzach kobiety w windach mojego biurowca. Ten nieskazitelny blask, rano. Ten uwiąd, wieczorem. Mijamy się codziennie i nie mówimy sobie dzień dobry. Nie żebym tego chciała.

Tramwaje śmierdzą. Menele rzucają spojrzenia i leniwie dłubią w nosie (to dzisiejszy).

Jestem niezadowolona, a czasem straszliwie rezolutna. A potem sobie przypominam, że należy być zadowolonym. Nie wiem co z tym począć.

Nic się nie zmieniło. Oprócz tego, że muszę muszę muszęęęę regularnie pisać, wysilać mózg i trzepać słówka, bo inaczej zwiędnie mi wspomniana już kiedyś, mocno odwapniona, kość piśmiennicza i jedyne co będę w stanie zrobić to poprawić katalog laptopów, z których wszystkie są takie same, a przy każdym innego rodzaju dławienie się z podniecenia. Nie od razu Rzym zbudowano, powiedziałaby pewnie mądrze jakaś wiekowa osoba. No i tego się trzymajmy.

A co u Was?

wtorek, 5 lutego 2013

Na rozgrzewkę i tak dla ośmielenia siebie samej i obłaskawienia tych którym szklane tulipany sterczą w garści… Już, już, sza (tonem wujaszka który coś zamierza)…

2012 w obrazkach. Wszystkie odpowiednie słowa zamieściłam w postaci z dupy wziętych jednozdaniowych tweetów. Dzięki temu jestem absolutną mistrzynią w pisaniu zwięzłych metatagów na google. W swojej dorosłej pracy. 
Jestem też mistrzynią w biegu na 10 kilometrów (w tydzień, nie bez łez). Co trzy kilometry zjadam dwa jajka.
Oraz w gniciu, tu się nic nie zmieniło.
Dzień dobry, czekamy na wiosnę, smucimy się że jesteśmy grubi, nie chce nam się sprzątać, z rzadka czeszemy włosy, coś byśmy zjedli, nie podoba nam się żadna muzyka którą już słyszeliśmy, mamy nowy śliczny komputer na który sobie zarobiliśmy, a że jesteśmy księżniczkami to NAM WOLNO go kupić. 
No zobaczymy ;)