Piątki też bywają fatalne. Założę się, że wczoraj odbyło się dużo więcej uroczystych samobójstw niż na przykład dziś.
Bo było nieludzko.
Wyobraźcie sobie możliwie najgorszy dzień. Ale z tych zwykłych i nieszkodliwych, tak jak na przykład najgorszą nieszkodliwą chorobą jest zapalenie zatok, kiedy to boli Cię jestestwo i nijak umrzeć.
Budzisz się w najbardziej obiecującym momencie niespełnionego snu - koszmary po stokroć lepsze niż te słodkie, upojne, które zestawione z rzeczywistością od razu wtrącają w marazm; wpadasz prosto w lodowaty granat i do pełni nieszczęścia brakuje tylko wrzasku Twojej matki i białego lekarskiego kitla i żeby to był Twój własny poród. Zapominasz szlafroka, ba, Ty nawet nie masz szlafroka, więc z zaparowanego mikrokosmosu prysznica znów wychodzisz wprost w ten granat, który chlaszcze Cię po plecach i napina skórę. Do stóp przyklejają Ci się paprochy. Lub wchodzisz świeżą skarpetką w krople wody. Skrajna obrzydliwość.
Powietrze swego M1 aromatyzujesz swądem spalonego mleka bezlaktozowego, bo zwykłe przestałaś trawić już dawno, co można uznać za kolejny element tragiczny roku minionego, zaraz obok dwuosobowego szeregu zawodów miłosnych.
W tramwaju Drużyna Specjalna, której skład staram się w miare regularnie portretować na twitterze - Człowiek Smród (nigdy nie prany sweter? cebularz? stopa cukrzycowa?), Człowiek Miarowy Hałas (pozbawiony pamięci krótkotrwałej, co trzy sekundy na nowo wierzy, że smarki wciągnięte raz, znikną na zawsze), Człowiek Patologia Przestrzeni (trąca i dyszy w szyję, wciska w nerki torbę, ściśnie rurkę akurat tam, gdzie pofrunął Twój żywy i podłączony wprost do rdzenia kręgowego włos).
Pogoda też jest Twoja ulubiona. Deszczowy wiatr wywiewa Ci gile z zatok. Wybornie. Przewspaniale. Paletko i czapka gówno warte. Rękawiczki zgubione już dawno. Furkoczące włosy w ustach (oby własne). Zginasz się w pół i wrzeszczysz na chodnik. Może nikt nie zauważy, słońce i tak nie wschodzi do 11, potem ledwie odkaszlnie i znów się pakuje w ciepłe kraje. No ale narzekanie na pogodę jest chyba niezbyt eko?
Zawadzasz ludzkości. Ludzkość się czepia, że się nie uśmiechasz. Jakby to komukolwiek robiło różnicę. Jakby psuło krajobraz.
No to wchodzisz na bieżnię, może w ten godny sposób zawalczymy z deprą. Nie, jedyna wolna bieżnia się zacina, zęby cudem ocalone, a przy piątym kilometrze zaczynają boleć Cię kości i myślisz sobie, że to na pewno ostatnie dni życia w niewiedzy o jakiejś strasznej chorobie.
Rossman gubi rolkę filmu z Paryża - swoją drogą doskonałe podsumowanie listopadowych mrzonek. Oh nie, nie będzie czym urozmaicić wypełnionej marudzeniem notki! Słuchawki wypadają z uszu ustawicznie acz naprzemiennie. Zielone światło nie zapala się przez trzy kolejki (podczas gdy ten wiatr przez to paletko). Małe skurwysyństwa od losu, all day long.
Wbiegasz po schodach, bo goni Cię piątkowa noc i przecież trzeba włożyć czerwoną sukienkę pomalować usta wyjść cieszyć się pić palić jeść hummus oblizywać palce czekać nie doczekać westchnąć.
Patrzysz komuś w oczy w lustrze.
I nagle Ci się odechciewa. Kopiesz zabawki w kąt, zrzucasz papiery z biurka (którego nie masz) i z rozbiegu (dokładnie tak jak Ci kiedyś mama nie pozwalała) wskakujesz w rozbabrane łóżko. Nakrywasz się kołdrą razem z głową. Jest godzina W, jak Wszystko Mi Jedno.
Kolejny idiotyczny dzień okokonienia się we własne niepoważne niedorosłe udręki. Jedyne co robi dobrze, to bezduszne elektro. Taki rozrusznik, zapobiega śmierci z nieprzytulania.
Dziś lepiej. A jutro?
(Ps. Jesteście najfajniejsi i Wasze ulubione słowa też.)
sobota, 11 stycznia 2014
wtorek, 7 stycznia 2014
Czysta
karta.
Trochę mi się tylko wymiętoliła, bo mojagłowa torba to przelewający się,
bezstrukturalny worek na śmieci.
Zakapałam
ją też troszkę i pomarszczyła się w kropki. Pożułam róg (też tak macie? żujecie
w zamyśleniu długopisy? zakładki do książek? własne usta?).
Czyste karty szybko się brudzą, taki los.
No ale mamy nowy rok.
Więc.
Siedzę na podłodze i myślę.
Pierwszy raz siedzę po turecku na podłodze we własnej warszawskiej kuchni. W plecy mi zimno od muru, a mur to nie byle jaki – mój budynek został zbudowany w 1938 roku. W tyłek mi zimno od płytek, które skrzypią – jedyne takie na świecie. Wgapiam się (oprócz tego, że w ekran) w pralkę z praniem ciemnym, w której wirują skarpetki na cały tydzień. No i myślę, podczas gdy karmelizuje mi się cebula do tarty.
Myślę sobie o tym wszystkim o czym zwykle myślę, czyli o swoim nieudacznictwie i niestałości w dążeniach, o wiecznej po wsze czasy samotności z powodu much w nosie, o tym, że nie wiem co bym chciała robić jak będę dorosła i o tym, że nie mam komu ugotować wołowiny po burgundzku, a jeść takie cuda samemu jest dojmująco smutno. O tym, że zabiłam dwa kwiatki doniczkowe i mojej mamie byłoby przykro, gdyby się dowiedziała, bo to prawdziwa kwiatkowa pielęgniarka i ze stanu śmierci klinicznej na pewno przywróciłaby je światu zdrowe i wesołe. Tylko po co. Komu i na co. Co za różnica.
Spotkałam się w ten weekend z (kolejnym w moim życiu) niesamowitym dziewczęciem (w sumie weekend był pełen niesamowitych dziewcząt, ale ja nie o tym). Ostatnim razem widziałyśmy się w dzień, w którym samolot prezydenta roztrzaskał się o brzozę czy tam wierzbę czy tam kasztan. Miałam rudawe włosy, słodkiego miłego chłopca, studia których nienawidziłam. Miasto, którego nienawidziłam. Wisiało nade mną widmo wiecznego bezrobocia, jak przystało na studenta nauk humanistycznych, zwłaszcza takiego, co to sobie bimba.
No i jak tu odpowiedzieć na pytanie 'co słychać'? Skoro dostałam po twarzy jakimś dawno zapomnianym okruchem samej siebie, której już nie znam. I ciężko mi sklecić składne zdanie.
Teraz przynajmniej swoje miasto zupełnie szczerze uwielbiam. Codziennie gapię się na Wisłę, bez względu na pogodę i dobroć książkową, którą aktualnie mam na kolanach. Mlaskam jadąc Belwederską, nawet Marszałkowską, uliczkami Powiśla, mostem Poniatowskiego i Świętokrzyskim. Krok sprężysty na Koszykowej, Dąbrowskiego, Filtrach.
Albo taka ulica Stalowa na Nowej Pradze. Nawet jadąc śmierdzącym autobusem (nie wiem czemu w Warszawie autobusy są takie skiszone, a autobusy na Pradze to już wybitnie - gangrena pluszowych siedzeń), oczy mam otwarte najszerzej. Wąska uliczka z niesamowitymi kamienicami (z których po wojnie oczywiście skuto dekoracje) i szynami tramwajowymi. Niby zwyczajna, pełna zegarmistrzów, starych warsztatów, sklepów zielarskich i zasikanych bram, ale tak bardzo miejska, że ja, dziecko z prowincji, zachwycona.
I sto innych, o których teraz zapomniałam. Może Wy macie jakieś ulubione? Gdzie oku jakoś tak dobrze. Gdzie harmonia albo światło albo drzewa ładne. Hm?
Przez szaloną styczniowy-dar-od-boga pogodę czuć jakby wiosnę. To lato nie wróci, już na pewno. Ale coś pachnie dobrze, więc może będzie następne. Aż chce się rozpędzić na rowerze. Już z górki.
Sukcesy pierwszego tygodnia nowego roku? Wreszcie udało mi się rozpłakać! Było bardzo fajnie. Oraz bardzo spontanicznie kupiłam bilet do Gwatemali. Mam dwa miesiące na likwidacje sadła.
Porażki pierwszego tygodnia nowego roku? Nazwijmy to potężną awarią pompy ssąco-tłoczącej, czyli nic nowego. Ot nauczka. Moim postanowieniem na 2014 jest być dwa tysiące czternaście razy mniej naiwną.
Co za bezsens tak pisać sobie samej o sobie samej. Muszę sobie chyba rozszczepić osobowość.
W ramach uzdjęciowienia kwiatek, który jeszcze żyje. Wszystkich, którzy tu zbłądzili, upraszam uprzejmie o jedną rzecz. Napiszcie swoje ulubione, subiektywnie najsmaczniejsze słowo, może być anonimowo, może być w każdym języku świata. Bo ja swoje gdzieś zgubiłam. A przy okazji dowiem się ilu Was jest, taki ze mnie cwany gapa.
A zaraz pralka w szaleństwie wirowania wyjdzie spod szafki i mnie zmiażdży i się skończy durne zastanawianie. A cebula skarmelizuje się do imentu i nikt się nią już nigdy nie zajmie. Zostanie tu sama jak palec i będzie musiała sobie poradzić. Słodki boże, jak ona sobie poradzi.
Trochę mi się tylko wymiętoliła, bo moja
Więc.
Siedzę na podłodze i myślę.
Pierwszy raz siedzę po turecku na podłodze we własnej warszawskiej kuchni. W plecy mi zimno od muru, a mur to nie byle jaki – mój budynek został zbudowany w 1938 roku. W tyłek mi zimno od płytek, które skrzypią – jedyne takie na świecie. Wgapiam się (oprócz tego, że w ekran) w pralkę z praniem ciemnym, w której wirują skarpetki na cały tydzień. No i myślę, podczas gdy karmelizuje mi się cebula do tarty.
Myślę sobie o tym wszystkim o czym zwykle myślę, czyli o swoim nieudacznictwie i niestałości w dążeniach, o wiecznej po wsze czasy samotności z powodu much w nosie, o tym, że nie wiem co bym chciała robić jak będę dorosła i o tym, że nie mam komu ugotować wołowiny po burgundzku, a jeść takie cuda samemu jest dojmująco smutno. O tym, że zabiłam dwa kwiatki doniczkowe i mojej mamie byłoby przykro, gdyby się dowiedziała, bo to prawdziwa kwiatkowa pielęgniarka i ze stanu śmierci klinicznej na pewno przywróciłaby je światu zdrowe i wesołe. Tylko po co. Komu i na co. Co za różnica.
Spotkałam się w ten weekend z (kolejnym w moim życiu) niesamowitym dziewczęciem (w sumie weekend był pełen niesamowitych dziewcząt, ale ja nie o tym). Ostatnim razem widziałyśmy się w dzień, w którym samolot prezydenta roztrzaskał się o brzozę czy tam wierzbę czy tam kasztan. Miałam rudawe włosy, słodkiego miłego chłopca, studia których nienawidziłam. Miasto, którego nienawidziłam. Wisiało nade mną widmo wiecznego bezrobocia, jak przystało na studenta nauk humanistycznych, zwłaszcza takiego, co to sobie bimba.
No i jak tu odpowiedzieć na pytanie 'co słychać'? Skoro dostałam po twarzy jakimś dawno zapomnianym okruchem samej siebie, której już nie znam. I ciężko mi sklecić składne zdanie.
Bo
wszystko jest inaczej, oprócz jednej rzeczy. Nasrania we łbie.
Teraz przynajmniej swoje miasto zupełnie szczerze uwielbiam. Codziennie gapię się na Wisłę, bez względu na pogodę i dobroć książkową, którą aktualnie mam na kolanach. Mlaskam jadąc Belwederską, nawet Marszałkowską, uliczkami Powiśla, mostem Poniatowskiego i Świętokrzyskim. Krok sprężysty na Koszykowej, Dąbrowskiego, Filtrach.
Albo taka ulica Stalowa na Nowej Pradze. Nawet jadąc śmierdzącym autobusem (nie wiem czemu w Warszawie autobusy są takie skiszone, a autobusy na Pradze to już wybitnie - gangrena pluszowych siedzeń), oczy mam otwarte najszerzej. Wąska uliczka z niesamowitymi kamienicami (z których po wojnie oczywiście skuto dekoracje) i szynami tramwajowymi. Niby zwyczajna, pełna zegarmistrzów, starych warsztatów, sklepów zielarskich i zasikanych bram, ale tak bardzo miejska, że ja, dziecko z prowincji, zachwycona.
I sto innych, o których teraz zapomniałam. Może Wy macie jakieś ulubione? Gdzie oku jakoś tak dobrze. Gdzie harmonia albo światło albo drzewa ładne. Hm?
Przez szaloną styczniowy-dar-od-boga pogodę czuć jakby wiosnę. To lato nie wróci, już na pewno. Ale coś pachnie dobrze, więc może będzie następne. Aż chce się rozpędzić na rowerze. Już z górki.
Nie wiem, wiosna i jesień to zapach
czegoś nowego. Ale co jest pierwsze: zapach czy zmiany?
Sukcesy pierwszego tygodnia nowego roku? Wreszcie udało mi się rozpłakać! Było bardzo fajnie. Oraz bardzo spontanicznie kupiłam bilet do Gwatemali. Mam dwa miesiące na likwidacje sadła.
Porażki pierwszego tygodnia nowego roku? Nazwijmy to potężną awarią pompy ssąco-tłoczącej, czyli nic nowego. Ot nauczka. Moim postanowieniem na 2014 jest być dwa tysiące czternaście razy mniej naiwną.
Co za bezsens tak pisać sobie samej o sobie samej. Muszę sobie chyba rozszczepić osobowość.
W ramach uzdjęciowienia kwiatek, który jeszcze żyje. Wszystkich, którzy tu zbłądzili, upraszam uprzejmie o jedną rzecz. Napiszcie swoje ulubione, subiektywnie najsmaczniejsze słowo, może być anonimowo, może być w każdym języku świata. Bo ja swoje gdzieś zgubiłam. A przy okazji dowiem się ilu Was jest, taki ze mnie cwany gapa.
A zaraz pralka w szaleństwie wirowania wyjdzie spod szafki i mnie zmiażdży i się skończy durne zastanawianie. A cebula skarmelizuje się do imentu i nikt się nią już nigdy nie zajmie. Zostanie tu sama jak palec i będzie musiała sobie poradzić. Słodki boże, jak ona sobie poradzi.
sobota, 21 grudnia 2013
Za trzy dni znowu będzie Wigilia, chociaż nic na to nie wskazuje.
Siedzę sobie na własnym skrzypiącym krześle, oszczędnie tańczę samą głową. Stopy podkulone i wciśnięte pod kolana. Mam we krwi całe szaleństwo niedojrzałych kobiet. Zamiast hemoglobiny, najwyraźniej.
Nastrój zawsze zero jedynkowy.
No to postanowiłam sieknąć pseudopodsumowanie tego wywrotowego roku.
Najpierw zdjęciowo, przypadkowo. To, co poniewierało się w rolce z aparatu, nie trafiło na instagram i na co lubię patrzeć czasem.
Moje najlepsze miejsce w biurze, z widokiem wprost na brud. Światło. Moja ulubiona osoba świata. Moja letnia chudość i radość. Domowy i uliczny Berlin. Mgła, za którą uganiałam się jak głupia. Szpital jak z serialu. Ugly is the new pretty. Wiersze. Wieża.
Muzycznie było bardziej niż kiedykolwiek. God bless Spotify.
Podarował mi też niestety takie piosenki, które mi teraz rozdzierają mięsień sercowy na drobne kawałeczki, tak jak się bierze stary bilet i pismo ze spółdzielni mieszkaniowej i dzieli na nieskończone połowy, aż do konfetti, którego nie sposób donieść do śmietnika. Nie chcę ich. Niech przestaną istnieć:
1,
2,
3,
4,
5.
(ale żartowałam, zostańcie)
Co było fajne? Ula, Tola, Luiza i inne dziewczynki z elementarza. Takie dobro. Nieskończona ilość pysznych rzeczy, tortów bezowych, prosecco, kilometrów na rowerze. I te wszystkie miasta, które udało mi się zobaczyć jesienią. Zawsze chciałam podróżować jesienią i proszę, jak wybornie. Smaga Cię po twarzy zagraniczny wiatr.
A co niefajne? Takie tam. Nieczułe plecy. Niedotrzymane obietnice. Niecałowanie. Czasem specjalnie nie rozglądam się w lewo prawo lewo na przejściu dla pieszych, tylko zaciskam zęby i idę.
A co zasługuje na oddzielny punkt? Że wygrzebałam się ze strefykomfortu oszukiwania samej siebie i podjęłam Wielką Decyzję Zostawienia Miłego Chłopca. Wystawiłam głowę z grajdołka i dostałam piaskiem w twarz. Nie żałowałam ani razu i prawie tego nie poczułam, od razu przyszła nowa fala. Na fakt, że wymyła mi spod stóp cały grunt, spuśćmy zasłonę milczenia ;)
Boże, skąd się bierze wesołość (oprócz tabletek)? Czy z cytrynówki lubelskiej (moja jedyna styczność z dawnym landem) wychylanej w lepkim barze dla miłośników gier fantasy? Czy z zachwyconego spojrzenia (jeśli nie należy do menela albo człowieka o twarzy nożownika, to zawsze poprawia stan rzeczy)? A może troszeczkę z tego, że jest późno w nocy, a Ty nic nie musisz?
Taki krótki jest ten fragment życia w którym człowiek nic a nic. Bałagan nikogo jeszcze nie zabił, chociaż moja mama uważa inaczej. Niewyspanie, ciasto na obiad, marnowanie czasu, pisanie zamiast spania - też. Samotność - chociaż to złe słowo, jak nazwać fizyczne bycie samą? - albo Cię leje po twarzy, albo wyrzuca w górę i czym tu się smucić. O dziwo, przeludziowałam się trochę. Osiem godzin w pracy rozkosznie jest odreagować niepatrzeniem na nikogo, doczytywaniem zaczętej z rana opowiastki i dosłuchaniem playlisty tygodnia. Schowaniem głowy w szalik. Moje łóżko ma metr czterdzieści szerokości i to jest bardzo jednoosobowy wymiar.
Myśl o tym, że kiedyś będę w dorosłej rzeczywistości i będę robić swoim dzieciom kanapki do szkoły... jest tak odległa, że aż niepołączona z teraźniejszością. Jeszcze w styczniu znalazłabym jakąś niteczkę. Twarze chociaż mogłabym sobie wyobrazić. Dziś jestem jeszcze bardziej niedorosła. Wcale mi z tego powodu nie jest smutno.
Co będzie teraz? Za trzy dni Wigilia, a potem przyjedzie ktoś, obok kogo dobrze jest się budzić ;-) i będzie dobrze.
Tęsknię za swoim rowerem.
I za sobą samą z początku lata.
Tęsknię za kimś, kogo nigdy nie było. Głowo, coś Ty narobiła. Masz czas do końca roku, się zebrać do kupy. Potem powiem tacie, babci powiem, oni wszyscy myślą, że ja jestem mądra, a ja wcale nie jestem, to się kiedyś wyda, bankowo bez kitu się wyda. Świecić oczami będę. OGARNIJ SIĘ. Ogarnij.
Takie tam, z potrzeby palców.
W końcu... na pewno. Co najmniej od razu.
Siedzę sobie na własnym skrzypiącym krześle, oszczędnie tańczę samą głową. Stopy podkulone i wciśnięte pod kolana. Mam we krwi całe szaleństwo niedojrzałych kobiet. Zamiast hemoglobiny, najwyraźniej.
Nastrój zawsze zero jedynkowy.
No to postanowiłam sieknąć pseudopodsumowanie tego wywrotowego roku.
Najpierw zdjęciowo, przypadkowo. To, co poniewierało się w rolce z aparatu, nie trafiło na instagram i na co lubię patrzeć czasem.
Moje najlepsze miejsce w biurze, z widokiem wprost na brud. Światło. Moja ulubiona osoba świata. Moja letnia chudość i radość. Domowy i uliczny Berlin. Mgła, za którą uganiałam się jak głupia. Szpital jak z serialu. Ugly is the new pretty. Wiersze. Wieża.
Muzycznie było bardziej niż kiedykolwiek. God bless Spotify.
Podarował mi też niestety takie piosenki, które mi teraz rozdzierają mięsień sercowy na drobne kawałeczki, tak jak się bierze stary bilet i pismo ze spółdzielni mieszkaniowej i dzieli na nieskończone połowy, aż do konfetti, którego nie sposób donieść do śmietnika. Nie chcę ich. Niech przestaną istnieć:
1,
2,
3,
4,
5.
(ale żartowałam, zostańcie)
Co było fajne? Ula, Tola, Luiza i inne dziewczynki z elementarza. Takie dobro. Nieskończona ilość pysznych rzeczy, tortów bezowych, prosecco, kilometrów na rowerze. I te wszystkie miasta, które udało mi się zobaczyć jesienią. Zawsze chciałam podróżować jesienią i proszę, jak wybornie. Smaga Cię po twarzy zagraniczny wiatr.
A co niefajne? Takie tam. Nieczułe plecy. Niedotrzymane obietnice. Niecałowanie. Czasem specjalnie nie rozglądam się w lewo prawo lewo na przejściu dla pieszych, tylko zaciskam zęby i idę.
A co zasługuje na oddzielny punkt? Że wygrzebałam się ze strefy
Boże, skąd się bierze wesołość (oprócz tabletek)? Czy z cytrynówki lubelskiej (moja jedyna styczność z dawnym landem) wychylanej w lepkim barze dla miłośników gier fantasy? Czy z zachwyconego spojrzenia (jeśli nie należy do menela albo człowieka o twarzy nożownika, to zawsze poprawia stan rzeczy)? A może troszeczkę z tego, że jest późno w nocy, a Ty nic nie musisz?
Taki krótki jest ten fragment życia w którym człowiek nic a nic. Bałagan nikogo jeszcze nie zabił, chociaż moja mama uważa inaczej. Niewyspanie, ciasto na obiad, marnowanie czasu, pisanie zamiast spania - też. Samotność - chociaż to złe słowo, jak nazwać fizyczne bycie samą? - albo Cię leje po twarzy, albo wyrzuca w górę i czym tu się smucić. O dziwo, przeludziowałam się trochę. Osiem godzin w pracy rozkosznie jest odreagować niepatrzeniem na nikogo, doczytywaniem zaczętej z rana opowiastki i dosłuchaniem playlisty tygodnia. Schowaniem głowy w szalik. Moje łóżko ma metr czterdzieści szerokości i to jest bardzo jednoosobowy wymiar.
Myśl o tym, że kiedyś będę w dorosłej rzeczywistości i będę robić swoim dzieciom kanapki do szkoły... jest tak odległa, że aż niepołączona z teraźniejszością. Jeszcze w styczniu znalazłabym jakąś niteczkę. Twarze chociaż mogłabym sobie wyobrazić. Dziś jestem jeszcze bardziej niedorosła. Wcale mi z tego powodu nie jest smutno.
Co będzie teraz? Za trzy dni Wigilia, a potem przyjedzie ktoś, obok kogo dobrze jest się budzić ;-) i będzie dobrze.
Tęsknię za swoim rowerem.
I za sobą samą z początku lata.
Tęsknię za kimś, kogo nigdy nie było. Głowo, coś Ty narobiła. Masz czas do końca roku, się zebrać do kupy. Potem powiem tacie, babci powiem, oni wszyscy myślą, że ja jestem mądra, a ja wcale nie jestem, to się kiedyś wyda, bankowo bez kitu się wyda. Świecić oczami będę. OGARNIJ SIĘ. Ogarnij.
Takie tam, z potrzeby palców.
W końcu... na pewno. Co najmniej od razu.
środa, 11 grudnia 2013
Codziennie wisi w powietrzu niewypadany deszcz.
Albo pada.
Pierwszy śnieg pojawił się w któryś tam poniedziałek rano - to tak samo dziwne uczucie jak obserwowanie ludzi łapczywie jedzących kebaba jakoś nad powszednim ranem, na przystankach tramwajowych, albo jak patrzenie na sztuczne kwiatki. No po prostu nie. Dysonans. Pierwszy śnieg powinien spaść wieczorem i to najlepiej w wolny dzień. Wracasz do domu i trzymasz kogoś za rękę w rękawiczce i spada Ci na nos wielki płatek. Albo żeby Cię łokcie zaczęły boleć bo patrzysz i patrzysz przez okno i Ci cieplej w środku. W tym roku Ci wcale nie cieplej. Wszystko Ci jedno jest.
Pierwszy mroźny weekend - jakby zima zapętlona nigdy się nie skończyła i trwała cały rok, a lato nigdy się nie odbyło. Tak powinno być. Na co komu lato, skoro po nim i tak przyjdzie zima. Na co komu zakochanie, skoro potem i takwycierasz smarki ze wszystkich sił próbujesz się rozryczeć, bo to jak z rzyganiem, daje ulgę, ale no za cholerę nie potrafisz. No włosów Ci nikt nie potrzyma, więc może to i lepiej.
I jest tak jakbyś na huśtawkę wlazła się pobujać, lecisz do przodu z piersią wypiętą silną i pewną i nawet widzisz jakąś logikę i trzymasz się swoich zasad. Już zawsze, już nigdy, no pewnie, mam godność. Następnie z właściwym sobie pędem do tyłu, do pierwotnych prostych poznawczo dostępnych chęci. Gryziesz wargi, zdrapujesz lakier z paznokci. No w co by tu uwierzyć tym razem. Co by tu sobie uroić.
I tak cały dzień aż sznureczek nie puści, wpadasz w wykopany czubkami własnych stóp dołek, obijasz sobie kość ogonową. Może bolałaby mniej, gdybyś wiedziała, że to ostatni raz. Nope! Możesz spokojnie zacząć ryć kreski w ścianie!
Generalnie wszystko gówno prawda. Pogoda wcale nie wpływa na mój nastrój. Ostatnim razem gdy byłam wesolutka, na łeb siąpił mi deszcz i musiałam zawinąć sobie dłonie w wyciągnięte do granic możliwości rękawy swetra. Miesiąc temu.
Ciekawe spotkania mi się zdarzają ostatnio. Na przykład w niedzielę, podczas gdy lepki śnieg zasypywał Plac Zbawiciela, nad herbatą w Ministerstwie. Pomiędzy tematami książek pisania i czytania, doktoratów planowania i gardzenia szkolnictwem, wstydzenia się siebie i sobą kokietowania, słyszałam wiele dobrych słów, na przykład, że czas zacząć traktować siebie poważnie. Mam nadzieję że ja też powiedziałam coś mądrego (Mag?). Niesamowici ludzie czytają tego zdechłego bloga!
W ogóle, ten rok był pełen niezwykle interesujących kobiet. Pierwszy taki rok w moim życiu, do tej pory gardziłam koleżaneczkami, mając w domu pogodnego chłopca. A dziś miewam sprzątające mi (dobrowolnie!) kurz z półek i radośnie pochłaniające moje frytki ze słodkich ziemniaków mądre dziewczęta. Niebywałe.
Nie ma w sumie potrzeby pisać kogo czego ten rok nie był pełen.
Jutro pracowa impreza świąteczna. Rok temu tańczyłam osiem godzin bez przerwy a ludzie pytali mnie czy wciągam koks z deski klozetowej. Nie wciągam. Teraz też mam nakumulowane dużo energii. Nieważne jakiej, skoro przekształci się w beztroskie tanuszki i odrzucanie głowy w tył, czy to od wybuchów perlistego śmiechu czy też od wysycania* się alkoholem.
(*wysycać - w chemii: wprowadzić do danej objętości ciała stałego, płynnego lub lotnego pewną ilość jakiejś substancji, którą dane ciało może wchłonąć; dopuszczalne w grach)
Tak, jestem zła.
Tak, mam nasrane w głowie, bo przecież dwie nogi dwie ręce (trochę słabą morfologię ale od tego tylko niektórzy umierają) pracę dom sukienki włosy kaszę w szafce mamę tatę brata święta. I czelność mówić że mi źle.
Herbata mi wystygła.
Nie, już nie pamiętam jak było w Paryżu, bo to było dawno i nieprawda.
Nie, nie mam zdjęcia.
Jestem negatywem.
Albo pada.
Pierwszy śnieg pojawił się w któryś tam poniedziałek rano - to tak samo dziwne uczucie jak obserwowanie ludzi łapczywie jedzących kebaba jakoś nad powszednim ranem, na przystankach tramwajowych, albo jak patrzenie na sztuczne kwiatki. No po prostu nie. Dysonans. Pierwszy śnieg powinien spaść wieczorem i to najlepiej w wolny dzień. Wracasz do domu i trzymasz kogoś za rękę w rękawiczce i spada Ci na nos wielki płatek. Albo żeby Cię łokcie zaczęły boleć bo patrzysz i patrzysz przez okno i Ci cieplej w środku. W tym roku Ci wcale nie cieplej. Wszystko Ci jedno jest.
Pierwszy mroźny weekend - jakby zima zapętlona nigdy się nie skończyła i trwała cały rok, a lato nigdy się nie odbyło. Tak powinno być. Na co komu lato, skoro po nim i tak przyjdzie zima. Na co komu zakochanie, skoro potem i tak
I jest tak jakbyś na huśtawkę wlazła się pobujać, lecisz do przodu z piersią wypiętą silną i pewną i nawet widzisz jakąś logikę i trzymasz się swoich zasad. Już zawsze, już nigdy, no pewnie, mam godność. Następnie z właściwym sobie pędem do tyłu, do pierwotnych prostych poznawczo dostępnych chęci. Gryziesz wargi, zdrapujesz lakier z paznokci. No w co by tu uwierzyć tym razem. Co by tu sobie uroić.
I tak cały dzień aż sznureczek nie puści, wpadasz w wykopany czubkami własnych stóp dołek, obijasz sobie kość ogonową. Może bolałaby mniej, gdybyś wiedziała, że to ostatni raz. Nope! Możesz spokojnie zacząć ryć kreski w ścianie!
Generalnie wszystko gówno prawda. Pogoda wcale nie wpływa na mój nastrój. Ostatnim razem gdy byłam wesolutka, na łeb siąpił mi deszcz i musiałam zawinąć sobie dłonie w wyciągnięte do granic możliwości rękawy swetra. Miesiąc temu.
Ciekawe spotkania mi się zdarzają ostatnio. Na przykład w niedzielę, podczas gdy lepki śnieg zasypywał Plac Zbawiciela, nad herbatą w Ministerstwie. Pomiędzy tematami książek pisania i czytania, doktoratów planowania i gardzenia szkolnictwem, wstydzenia się siebie i sobą kokietowania, słyszałam wiele dobrych słów, na przykład, że czas zacząć traktować siebie poważnie. Mam nadzieję że ja też powiedziałam coś mądrego (Mag?). Niesamowici ludzie czytają tego zdechłego bloga!
W ogóle, ten rok był pełen niezwykle interesujących kobiet. Pierwszy taki rok w moim życiu, do tej pory gardziłam koleżaneczkami, mając w domu pogodnego chłopca. A dziś miewam sprzątające mi (dobrowolnie!) kurz z półek i radośnie pochłaniające moje frytki ze słodkich ziemniaków mądre dziewczęta. Niebywałe.
Nie ma w sumie potrzeby pisać kogo czego ten rok nie był pełen.
Jutro pracowa impreza świąteczna. Rok temu tańczyłam osiem godzin bez przerwy a ludzie pytali mnie czy wciągam koks z deski klozetowej. Nie wciągam. Teraz też mam nakumulowane dużo energii. Nieważne jakiej, skoro przekształci się w beztroskie tanuszki i odrzucanie głowy w tył, czy to od wybuchów perlistego śmiechu czy też od wysycania* się alkoholem.
(*wysycać - w chemii: wprowadzić do danej objętości ciała stałego, płynnego lub lotnego pewną ilość jakiejś substancji, którą dane ciało może wchłonąć; dopuszczalne w grach)
Tak, jestem zła.
Tak, mam nasrane w głowie, bo przecież dwie nogi dwie ręce (trochę słabą morfologię ale od tego tylko niektórzy umierają) pracę dom sukienki włosy kaszę w szafce mamę tatę brata święta. I czelność mówić że mi źle.
Herbata mi wystygła.
Nie, już nie pamiętam jak było w Paryżu, bo to było dawno i nieprawda.
Nie, nie mam zdjęcia.
Jestem negatywem.
poniedziałek, 11 listopada 2013
-->
Z czym kojarzą Wam się Niemcy?
Mnie z dziwnym
chrzęszczącym językiem i z chemią piorącą.
Z czym kojarzy Wam się Hamburg? Z lotami
przesiadkowymi?
A Hannover? Z niczym?
Berlin? Źe wszyscy tam byli i wszystkim się podoba.
W tym roku byłam w Niemczech pierwszy raz. Nie liczę
wakacyjnego rodzinnego przemykania przez idealnie równe autostrady za czasów
dziecięctwa. Tak równe, że zupę możnaby zjeść z płaskiego talerza i ani
kropla.
Jeszcze do niedawna nigdy bym nie pomyślała, że jeden
z najlepszych weekendów swojego życia spędzę w Niemczech. Większość
najlepszych weekendów tego roku!
A jak się zaczął ten najfajniejszy?
Niemiecka Centrala Turystyki zaprosiła Ulę Celebrytkę i
Agatę z bloga Kuchnia Agaty na wyjazd pod tytułem Youth Hot Spots in
Germany. Niestety (zawsze mam problem z takim niestety, jeśli spotyka mnie
potem coś fantastycznego...) Agata się rozchorowała, a że natura nie
znosi próżni, zapytano Ulę Celebrytkę, czy nie ma aby jakiejś polskiej
koleżanki blogerki. Otóż, miała. Z perspektywą wyprztykania się z
kolejnych dni urlopowych pisnęłam więc z radością i bang, plany na weekend
gotowe.
Warszawa – Poznań.
Podróż zaczęła się o bolesnej czwartej rano. Dobrze o tej
porze jechać pociągiem i gapić się na te wszystkie mgły, chatki, polskie lasy.
I rozmyślać. Toalety jeszcze czyste. Melancholia.
Poznań – Monachium.
W każdym łączonym locie musi maczać palce jakiś szatan, bo
zawsze jeden z nich jest opóźniony. Zawsze ktoś się powoli wtarabania
z bliźniaczym wózkiem, a potem kierowca lotniskowego autobusu jest chyba
na stażu, bo nie wie jak jechać. I gnasz jak szalona przez kilometry
(przesada zawsze w cenie) lotniska, po to, aby ujrzeć jak stojąca samotnie przy
bramce Ula (to już urojenia, ale jakże barwne) ociera łzę, odwraca się i
wchodzi do korytarza prowadzącego do samolotu. I krzyczysz i ona się odwraca i
wpadamy sobie w objęcia i w podskokach biegniemy stawić czoło przygodzie i
wkurwionym pasażerom nieco opóźnionego samolotu.
Monachium – Hamburg.
Opiekują się nami jak królami. Mój pierwszy sznycel na
niemieckiej ziemi.
A potem poznajemy resztę ekipy. Sami ciekawi ludzie,
dziennikarze piszący o podróżach, muzyce i szeroko pojętym lajfstajlu (a to jak
wiadomo, kierunek przyszłości; dobrze, że u nas w Polsce też to wiedzą).
Wyborna stylówka pary z Australii od razu nas ekscytuje, więc postanawiamy
z Ulą się zakolegować.
I jak już mamy się z kim bawić, to wszystko staje się
jeszcze bardziej wspaniałe. Kolacja w portowej knajpie z szalonym
akordeonowcem, a potem... Reeperbahn Festival! Ważny Pan opowiada nam, jak to
kiedyś tutaj wokół nas nic tylko seksy, narkotyki i morderstwa, ale teraz jest
zupełnie inaczej! I idziemy w miasto. Nie jestem jakimś weteranem festiwalowym,
ale jest wspaniale. Z każdego kąta inna muzyka, niesamowite budynki, masa
ładnych ludzi (no dobrze, chłopców), niekończące się piwo. Densy, chichoty i
lodowate powietrze. Dławi mnie z radości.
Łazimy po najfajniejszych dzielnicach Hamburga, a jako
wielbicielka miast in general, bardzo sie jaram i robię tysiąc zdjęć. Do
efektów dojdziemy. Spotykają nas również z wieloma różnymi ciekawymi
osobami z branży muzycznej, wydawniczej i ogólnie takiej do jakiej pewnie
że aspiruję. Jest wspaniale i światowo.
Hamburg więc zachwyca – uliczkami, portem, kulturą i
atmosferą. Miasta w których jest swobodny dostęp do wody, są najfajniejsze, bo
zawsze jest gdzie podziać oczy. Może stąd płynie moja nienawiść do Lublina,
który PRAWDZIWEJ ucywilizowanej rzeki nie posiada.
Hamburg – Hannover.
Dobre miasto na pofestiwalową nieprzytomność. Kiedyś trzeba
w końcu zregenerować wątrobę. Lodowaty wiatr, spokój i przepyszne, niekończące
się jedzenie w restauracji z widokiem na dachy i głowy. Ten delikatny
stukot kieliszków i sztućców od którego od razu siadasz prosto.
Hannover – Berlin.
Jak do domu. Ja i Berlin zaprzyjaźniliśmy się już we
wrześniu i trafił do mojej osobistej czołówki. Nie wiem co ja mam z tymi
miastami, może to taka cecha dzieci z małych miejscowości, które zawsze
chciały wracać ze szkoły oglądając wystawy i ostrożnie stawiać kolejne
samodzielne kroki. Moja szkoła zawsze była 500 metrów od domu. Jedyna przygoda
z tej trasy pokonywanej codziennie przez 12 lat to jakiś pan, który
pokazał mi siusiaka.
W Berlinie znów jesteśmy królami życia, jemy cuda,
rozmawiamy o życiu nocnym, a potem, zamiast tańczyć w cekinowych stanikach,
idziemy na najlepszą w mieście pistacjową baklavę. Całodobowe oblizywanie
palców. Następnego dnia chodzimy po chaszczach, oglądając uliczne malunki. A
potem wsiadam do pociągu i jadę prosto na kolację z dobrymi ludźmi.
Wszędzie dobrzy ludzie. Wtedy. Szkoda, że dziś są daleko. Melancholia. Na drugie mi melancholia, do cholery. Co to się żywi bananami i złudzeniami.
Tak bardzo zazdroszczę teraz wszystkim, którzy uważali na
niemieckim w gimnazjum. Już mi się nie wydaje paskudny i niepotrzebny. Wszystko
byłoby takie proste, a Berlin znalazłby się nagle jeszcze bliżej, kto wie, czy
nie za drzwiami. Bo mimo nieskończonej miłości do Warszawy, tak bardzo, bardzo
chciałabym teraz zmienić dekoracje. Jak zwykle zawodzi czynnik ludzki.
Wtem! Zawiodła też fotografia analogowa i zamiast 72
pięknych zdjęć, po wywołaniu zobaczyłam to, co poniżej. Dziękuję pozdrawiam.
Aha, już w środę za drzwiami znajdę Paryż – jeśli znacie
jakieś sekretne miejsca które powinnam tam odwiedzić, podzielcie się!
sobota, 19 października 2013
Cześć soboto.
O siódmej rano już wcale mi się nie chce spać. Chce mi się wrzeszczeć na mój mózg korporobota. Wyglądam za okno a tam mgła. Okres mówienia 'tak' jest już co prawda u swego schyłku (więc jak ktoś coś ode mnie chce to teraz), ale mgła to estetyczna potęga warta wygrzebania się z wyra. Więc wsiadam na rower z aparatem w torbie i pierwszy raz w tym sezonie odmrażam sobie palce. Na Grochowie śpią jeszcze nawet psy, a wszyscy ludzie mają nosy w szalikach i już od rana niewiedzieć czemu jakby wkurwieni. Każda płytka chodnikowa jest krzywa albo popękana. Liście wszędzie, papierki po kebabach. Nie wiem gdzie jadę, bo jadę w chmurze. Za ostatni pieniążek kupuję na targu chleb i gruszki: pan sprzedający chleb po raz czwarty opowiada mi o swoim piecu; pani sprzedająca gruszki obraża się na mnie, bo jestem z rowerem. Wygrzebuję dodatkowy ostatni pieniążek i ledwo mogę unieść torbę, bo te wszystkie pomidory śliwki orzechy buraki dynie takie piękne i ćpam je i chce wszystko. Wreszcie wstaje słońce.
Co ma w sobie takiego sobota, że mnie dławi z radości... Jasność, powolność, pościel, gazeta. Albo rak mózgu który strzela serotoniną na prawo i lewo z rzadka, lecz bez opamiętania.
W domu jest biało i pusto i wszystkie naczynia stoją brudne, bo ilość mojego wolnego czasu dni robocze to jest jakiś żart. Pusto. Moc. Czasem tylko przydałby się ktoś do odkręcenia butelki, do zalania herbatki, ewentualnie utkania kołdry w stópkach. Ale mogę sobie kwękać kiedy chcę i na podłodze leżą tylko moje okruchy. I mogę wgapiać się rozpaczliwie w swój tłuszcz i debatować ze swoim ego czy już jestem bardzo gruba czy jeszcze tylko trochę. Moja pierwsza zupełnie samotna jesień. Jak dotąd jest nieźle, bo mam na podwórku fajne koleżanki (i wyjątkowo zero kolegów), ale jeszcze nie zaczął padać deszcz. Jak zacznie, to uwierze, że skończyło się lato. Bo póki co mam jeszcze jakieś resztki szaleństwa i porywy serca i gęsiej skórki.
A gęsia skórka to najlepsze co się może człowiekowi przytrafić. Zawsze gdy się pojawia, nie umiem słowami wyrazić tego, co czuję, a słów znam dużo. Spacery mostem w tę i z powrotem, ciemną nocą albo z powolnym wschodem słońca za plecami. Mosty mają coś takiego w sobie. Tatar za osiem złotych w najgorętszy dzień lata, popity orzechówką i zagryziony własną pięścią. Deszczowy plac Zbawiciela o siódmej rano (pogoda wyraża uczucia podmiotu lirycznego). Albo taki moment berliński, gdy pociąg tuż przed Bulowstrasse bierze ostry zakręt nad ziemią i coś wciska Cię w fotel i odchylasz głowę i nie dajesz rady powstrzymać uśmiechu, ale patrzysz, bo za oknem na chwilę ukazuje się panorama Berlina z wieżą telewizyjną w tle i na nikim wokół Ciebie nie robi to wrażenia! A jeśli jeszcze leci w słuchawkach odpowiednia piosenka... Rajtuzy w strzępach. To mój berliński tip, dla ludzi którzy pogardzają zwiedzaniem Brandenburger Tor (nie umiem tego wymówić mimo długich ćwiczeń dykcyjnych z Ulą Celebrytką!).
No i niby mamy jesień ale nadal wszystko jest gwałtowne i we wszystko rzucam się z głową. Ciekawe od czego w ten sposób uciekam. A co jest najgorsze? Że znów nie wiem, kim chcę być jak dorosnę.
Drży mi broda trochę.
''Of course there're million things that I'm afraid of but I'm not scared of this.' Jak się położę na plecach na wodzie to też gdzieś dopłynę, no nie? No tak.
Strasznie się zmęczyłam. Nie umiem pisać. Nic innego nie umiem. Jeść umiem. Niech ktoś ze mną porozmawia. Znajdzie mi nową pracę i hobby, żebym była ciekawą osobą w towarzystwie. Albo w sumie i tak mi nie zależy. Zamierzam przeżyć życie pod kołdrą, pod dwiema kołdrami. Jedną ułożę sobie na kształt człowieka. Muszę czymś wypełnić ręce. Czas spać. Dobranoc soboto.

(berlińskie, bo Berlin najlepszym miastem tego roku)
O siódmej rano już wcale mi się nie chce spać. Chce mi się wrzeszczeć na mój mózg korporobota. Wyglądam za okno a tam mgła. Okres mówienia 'tak' jest już co prawda u swego schyłku (więc jak ktoś coś ode mnie chce to teraz), ale mgła to estetyczna potęga warta wygrzebania się z wyra. Więc wsiadam na rower z aparatem w torbie i pierwszy raz w tym sezonie odmrażam sobie palce. Na Grochowie śpią jeszcze nawet psy, a wszyscy ludzie mają nosy w szalikach i już od rana niewiedzieć czemu jakby wkurwieni. Każda płytka chodnikowa jest krzywa albo popękana. Liście wszędzie, papierki po kebabach. Nie wiem gdzie jadę, bo jadę w chmurze. Za ostatni pieniążek kupuję na targu chleb i gruszki: pan sprzedający chleb po raz czwarty opowiada mi o swoim piecu; pani sprzedająca gruszki obraża się na mnie, bo jestem z rowerem. Wygrzebuję dodatkowy ostatni pieniążek i ledwo mogę unieść torbę, bo te wszystkie pomidory śliwki orzechy buraki dynie takie piękne i ćpam je i chce wszystko. Wreszcie wstaje słońce.
Co ma w sobie takiego sobota, że mnie dławi z radości... Jasność, powolność, pościel, gazeta. Albo rak mózgu który strzela serotoniną na prawo i lewo z rzadka, lecz bez opamiętania.
W domu jest biało i pusto i wszystkie naczynia stoją brudne, bo ilość mojego wolnego czasu dni robocze to jest jakiś żart. Pusto. Moc. Czasem tylko przydałby się ktoś do odkręcenia butelki, do zalania herbatki, ewentualnie utkania kołdry w stópkach. Ale mogę sobie kwękać kiedy chcę i na podłodze leżą tylko moje okruchy. I mogę wgapiać się rozpaczliwie w swój tłuszcz i debatować ze swoim ego czy już jestem bardzo gruba czy jeszcze tylko trochę. Moja pierwsza zupełnie samotna jesień. Jak dotąd jest nieźle, bo mam na podwórku fajne koleżanki (i wyjątkowo zero kolegów), ale jeszcze nie zaczął padać deszcz. Jak zacznie, to uwierze, że skończyło się lato. Bo póki co mam jeszcze jakieś resztki szaleństwa i porywy serca i gęsiej skórki.
A gęsia skórka to najlepsze co się może człowiekowi przytrafić. Zawsze gdy się pojawia, nie umiem słowami wyrazić tego, co czuję, a słów znam dużo. Spacery mostem w tę i z powrotem, ciemną nocą albo z powolnym wschodem słońca za plecami. Mosty mają coś takiego w sobie. Tatar za osiem złotych w najgorętszy dzień lata, popity orzechówką i zagryziony własną pięścią. Deszczowy plac Zbawiciela o siódmej rano (pogoda wyraża uczucia podmiotu lirycznego). Albo taki moment berliński, gdy pociąg tuż przed Bulowstrasse bierze ostry zakręt nad ziemią i coś wciska Cię w fotel i odchylasz głowę i nie dajesz rady powstrzymać uśmiechu, ale patrzysz, bo za oknem na chwilę ukazuje się panorama Berlina z wieżą telewizyjną w tle i na nikim wokół Ciebie nie robi to wrażenia! A jeśli jeszcze leci w słuchawkach odpowiednia piosenka... Rajtuzy w strzępach. To mój berliński tip, dla ludzi którzy pogardzają zwiedzaniem Brandenburger Tor (nie umiem tego wymówić mimo długich ćwiczeń dykcyjnych z Ulą Celebrytką!).
No i niby mamy jesień ale nadal wszystko jest gwałtowne i we wszystko rzucam się z głową. Ciekawe od czego w ten sposób uciekam. A co jest najgorsze? Że znów nie wiem, kim chcę być jak dorosnę.
Drży mi broda trochę.
''Of course there're million things that I'm afraid of but I'm not scared of this.' Jak się położę na plecach na wodzie to też gdzieś dopłynę, no nie? No tak.
Strasznie się zmęczyłam. Nie umiem pisać. Nic innego nie umiem. Jeść umiem. Niech ktoś ze mną porozmawia. Znajdzie mi nową pracę i hobby, żebym była ciekawą osobą w towarzystwie. Albo w sumie i tak mi nie zależy. Zamierzam przeżyć życie pod kołdrą, pod dwiema kołdrami. Jedną ułożę sobie na kształt człowieka. Muszę czymś wypełnić ręce. Czas spać. Dobranoc soboto.

(berlińskie, bo Berlin najlepszym miastem tego roku)
poniedziałek, 2 września 2013
Nareszcie skończył się sierpień.
Ciągle byłam niewyspana, po milionokroć niewyspana. Gdzieś w powietrzu czaiło się za dużo rzeczy do zrobienia. Ale nie ze umyć gary i brodzik, tylko jakieś takie trzepotanie się gdzieś na trawie, albo rozmowy które możnaby przeprowadzić, albo tańce do wytańczenia. Każdej nocy ludzie całymi tabunami zwalają sie do mojej głowy i sami tam o sobie mysla, bo ja przecież śpię, a potem budzę się i nie wiem czy to możliwe, żeby przed chwilą tu byli skoro drzwi są zamknięte. Zawsze trochę wierzę że byli.
Za każdym razem gdy powietrze gdzieś obok falowało z gorąca, myślałam sobie, że to fatamorgana i wcale nie jestem dorosłym człowiekiem. Prędko nie zafaluje, bo, co szokujące, znów idzie jesień.
Czasem wstawałam z łóżka i taka prosto wymięta wkładałam swoja najładniejsza sukienkę, która jeszcze pachnie jakimś lepszym towarzyskim dniem, malowałam oko i wychodziłam. Niby to taka jestem wczorajsza, mam życie i w dodatku się wyspałam. Taki wybryk lajtowego ćpuna. Czasem wracałam o 8 rano, jeszcze nie do końca odpowiednio zdruzgotana. Nie przespałam ani jednej piątkowej nocy. Jak nie ja.
Był taki tydzień w którym co rano trzęsły mi sie rece ze zdrapanym lakierem na kazdym paznokciu. Ale lepiej czuć wielkie cos niz szare nic, przynajmniej mnie lepiej, teraz. Chociaż z perspektywy czasu stwierdzam, że najgorzej czuć wielkie szare coś. Czekam aż się wyczuję i oprzytomnieję.
Chciałabym zeby moje poczucie własnej wartości nie zależało od tego, co myślą o mnie ludzie, zwykle konkretni, nie jacyś tam przypadkowi. Jestem chodzacą patologią. Albo, żeby tego poczucia nie był tak łatwo w stanie zrujnować każdy przejaw odrzucenia. I w każdym momencie, gdy wydaje mi się, że już wszystko pogodzone i zrozumiane, przychodzi chwila bezrefleksyjna, która mi resetuje moje analizy i znów zostaję obrócona w załzawiony kłąb rozczochranego smuteczku.
To chyba ta długa zima wyzwoliła jakieś kurze, normalna zima nie robi ludziom takich rzeczy. Po normalnej zimie nikt nie musi siebie wywracać.
Taki był sierpień i na szczęście się skończył. Wrzesień życzyłabym sobie o wiele mniej roztrzęsiony i niewyspany.
Pierwszy raz pisałam z pociągu. Przeczytałam tydzień temu 'Trociny' Vargi, podobno pisane właśnie z pociągu i chyba coś w tym jest. Mogłabym coś tak wystukać.
A resztki dopisuję z berlińskiego mieszkania mojej szwajcarskiej host rodziny, w którym pobęde do połowy września. Berlin wielce okej, szkoda tylko, że dokładnie w momencie gdy wysiadłam z pociągu, zaczęła się jesień. Wszystkie sukienki zapłakały. Chętnie przyjmę ciekawe adresy!
Taki apdejt.
Ciągle byłam niewyspana, po milionokroć niewyspana. Gdzieś w powietrzu czaiło się za dużo rzeczy do zrobienia. Ale nie ze umyć gary i brodzik, tylko jakieś takie trzepotanie się gdzieś na trawie, albo rozmowy które możnaby przeprowadzić, albo tańce do wytańczenia. Każdej nocy ludzie całymi tabunami zwalają sie do mojej głowy i sami tam o sobie mysla, bo ja przecież śpię, a potem budzę się i nie wiem czy to możliwe, żeby przed chwilą tu byli skoro drzwi są zamknięte. Zawsze trochę wierzę że byli.
Za każdym razem gdy powietrze gdzieś obok falowało z gorąca, myślałam sobie, że to fatamorgana i wcale nie jestem dorosłym człowiekiem. Prędko nie zafaluje, bo, co szokujące, znów idzie jesień.
Czasem wstawałam z łóżka i taka prosto wymięta wkładałam swoja najładniejsza sukienkę, która jeszcze pachnie jakimś lepszym towarzyskim dniem, malowałam oko i wychodziłam. Niby to taka jestem wczorajsza, mam życie i w dodatku się wyspałam. Taki wybryk lajtowego ćpuna. Czasem wracałam o 8 rano, jeszcze nie do końca odpowiednio zdruzgotana. Nie przespałam ani jednej piątkowej nocy. Jak nie ja.
Był taki tydzień w którym co rano trzęsły mi sie rece ze zdrapanym lakierem na kazdym paznokciu. Ale lepiej czuć wielkie cos niz szare nic, przynajmniej mnie lepiej, teraz. Chociaż z perspektywy czasu stwierdzam, że najgorzej czuć wielkie szare coś. Czekam aż się wyczuję i oprzytomnieję.
Chciałabym zeby moje poczucie własnej wartości nie zależało od tego, co myślą o mnie ludzie, zwykle konkretni, nie jacyś tam przypadkowi. Jestem chodzacą patologią. Albo, żeby tego poczucia nie był tak łatwo w stanie zrujnować każdy przejaw odrzucenia. I w każdym momencie, gdy wydaje mi się, że już wszystko pogodzone i zrozumiane, przychodzi chwila bezrefleksyjna, która mi resetuje moje analizy i znów zostaję obrócona w załzawiony kłąb rozczochranego smuteczku.
To chyba ta długa zima wyzwoliła jakieś kurze, normalna zima nie robi ludziom takich rzeczy. Po normalnej zimie nikt nie musi siebie wywracać.
Taki był sierpień i na szczęście się skończył. Wrzesień życzyłabym sobie o wiele mniej roztrzęsiony i niewyspany.
Pierwszy raz pisałam z pociągu. Przeczytałam tydzień temu 'Trociny' Vargi, podobno pisane właśnie z pociągu i chyba coś w tym jest. Mogłabym coś tak wystukać.
A resztki dopisuję z berlińskiego mieszkania mojej szwajcarskiej host rodziny, w którym pobęde do połowy września. Berlin wielce okej, szkoda tylko, że dokładnie w momencie gdy wysiadłam z pociągu, zaczęła się jesień. Wszystkie sukienki zapłakały. Chętnie przyjmę ciekawe adresy!
Taki apdejt.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














