wtorek, 27 września 2011

Pamiętasz to uczucie?
Idziesz z mamą pod koniec wakacji do sklepu papierniczego, albo w jakieś bazarowe gniazdko. Dzika pani handlara z odrostami wkłada do reklamówki kolejno zeszyty, które wybierałaś przez pół godziny: ten do polskiego, ten z bozią do religii. Kredki, gumkę do ścierania, ołówek, kolorowy papier, flamastry, okładki do książek i zeszytów. Wrzuca cienki paragonik. Niesiesz swoje zakupy i trzymasz mamę za palec a pasek jej płaszcza lekko obija Ci się o rekę. W domu wąchasz kredki w kolorowych lśniących skorupkach i potem już co jesień będziesz szukać tego zapachu.

Jedzeniowo bym już chciała pisać, ale jedzeniowo u mnie biednie. Nagotowalam kaszy do pracy na trzy dni. Ze stu gram kurczaka trzy obiady. Zaczął się sezon kasz i zup. Jak wrocę do Lublina, bedę co dwa dni gotowała inną zupe i karmiła nimi swą duszę, siedzac pod kołdrą i płacząc, że nie chce pisać pracy magisterskiej. A kierwa, musze. Słychać dzwięki osób trzecich i czwartych zza sciany, ale dlaczego, kiedy ja nie chce, jak to się stało że mijają już trzy miesiące jak tu jestem? Jedna czwarta roku. Zaczynam ostatni rok studiów. Muszę sobie zanotować dlaczego chce je skończyć, bo powoli zaczynam zapominać i martwić się, że koniec studiów to przetotalny i ostateczny koniec bycia młodą niefrasobliwą osóbką. Za dziesięć lat wytocze z siebie łzawy potok słów dotyczacy tego jak pieknie było wstawać o 10 i niespiesznie szykować się na półtorej godziny zajęć, po czym wracać do domu bardzo okrężną drogą, przez pizzerie i bar, i księgarnie i czyjś dom, o północy zrzucać płaszcz i wskakiwać do zmierzwionego od rana łóżka. Już zaczynam go toczyć. Bo ja, jak widać, głównie narzekam, albo snuje wywody o tym co było kiedyś, lub co będzie kiedyś. Mam tę tą srą smutną swiadomość, że gdzie bym się nie znalazła, w końcu zacznę kwękać, że gdzie indziej trawa zieleńsza. Lub że chociaż czyjaś broda smuklejsza. Mam jednak też świadomość tego, i codziennie dostrzegam ją wyraźniej, że umiem znaleźć plusy w każdej możliwej sytuacji. Ciesze się, że idzie jesień i zima, bo można się schować w kłębie wełny i jeść krupnik na obiad. Pada deszcz? Wspaniale, powąchaj powietrze. Wieje wicher i kłaki do ust pcha (oby tylko własne, kto wie co by było gdyby człowiek podczas wichru szedł za jedną z tych pań z warkoczami do kolan, a końcówki z tych warkoczy pamiętają życie płodowe)? Ależ nic się nie stało, bo zaraz wejdę do cichego ciepłego pomarańczowego pomieszczenia, nie jestem przecież nomadem, droga z przystanku autobusowego kiedyś się skończy. Jeżeli tego tutaj nie widać to bardzo mi przykro, ale to nie jest historia moich wszystkich myśli jakie produkuje substancja biała i substancja szara, to jest historia myśli nienawistnie emocjonalnych i tych, które uważam za warte przelania w internet. No, co piąta taka, biorąc pod uwagę, że notki są co miesiąc. Rozanielenie ma to do siebie, że człowiek kwitnie daleko od komputera. I nie wiem dlaczego któryś anonimowy, czy tam jawny, uważa, że jak ktoś na świecie źle myśli o czymś co ja lubie, co w sercu mym, to mnie to boli. No nie wiem zupełnie. Przecież mnie jest wszystko jedno. Dusze mam martwą.

Martwość jej pogłębi się już w sobote, kiedy to spakuje swój węzełek i wróce do Lublina. Prawie się ciesze, te zupy, własne mieszkanie, miasto które znam, znajomi (wiem, szok!). Ale co ja zrobie bez codziennego wstawania do pracy? Bez Warszawy, wielkiego cmentarzyska gdzie wszyscy biegną jak przystało na mieszkańców wielkiego miasta. Bez Marcelka codziennie. Jak to.

Przerwa, przerwa w tekście. Na zdjęciach dwa ulubione place - zbawienia i grzyba, oraz dwa ślicznochłoptasiowe (może kojarzycie buzie?) momenty z sesji zdjęciowej na której robiłam backstage'owe foty i wyjadałam katering.






Kontynuując temat mnie (nie)narzekającej: nadal i wciąż ukochaną mą jest Warszawa. Jako osóbka wielce podatna na wzruszenia, albo też osóbka o gigantycznej amplitudzie zmiany nastrojów, jadę co rano przez to miasto, powietrze jest jak kryształ odkąd nastała jesień, w uszach jakaś Lykke Li, czy cokolwiek, co duszę porusza. Jadę i widzę film, oczami nagrywam, o tu ptaszki się całują, o tu kolorowe ręczniki łopoczą na balkonie, dzieci biegną do szkoły, pieprzony serial na polsacie z podkręconym kontrastem! Wysiadam przystanek dalej niż muszę i jestem tym ślepcem którego prowadziła Amelia przez paryską ulicę. Tutaj pani kwiaciarka układa bukiecik, uwaga na nogi, pieseczek dokazuje! Sklepikarka zamiata chodnik, chłopcy garniturowcy zamaszysci, skręcamy! Dwóch bobów budowniczych zrzuca śmieszne rzeczy z dachu domu. Stary Mokotów w złotej mgle. Zawsze to samo przeładne dziewcze mijane zawsze w tym samym miejscu. Wille winem oplecione stoją i w oknach niemal widzę jakąś Beate Tyszkiewicz nad Wyborczą, z porcelanową kawą i krłasantem. Tandeta. Cliche. Ścieżka dźwiękowa tylko w mojej głowie, a szkoda. Sekunde później jestem już w pachnącym kawą i papierem biurze gdzie szemrzą komputery a ludzie mają gładkie twarze i gładkie włosy.
Było, mija.
Fajnie jest sobie przez jakiś czas pożyć z dala od siebie. Od ciepłego grajdołka.
Mam zrobione 530 godzin praktyk. Moi koledzy psychologowie umowne "100" - w urzędach i hufcach pracy. Jestem heroiną, a jak ktoś powie: pfff, hehe, ja to se poszedłem dwa razy i zaliczone, hehe, to na niego zwrócę. Jego własnym odbiciem miglanca i trutnia go spaskudze. Tak, czuje się lepsza, że wzięłam swoją karierę zawodową w swoje ręce.
Tak.
A więc to koniec wakacji.



środa, 31 sierpnia 2011

Przed Wami i za mną notka w stylu mojej osobistej blogowej królowej. O roboczym tytule: Wybuch serca.

Codziennie budzę się i czegoś chce, czegoś mi brak, na coś czekam, na większość rzeczy która mnie czeka nie mam wcale a wcale ochoty. Nie chce mi się wstać z łózka, bo to takie trudne, wyrwać się ze snu, zaczerpnąć głęboko powietrza tak, że każdy balonik w płucu trzeszczy. Nie mam chęci iść pod prysznic, by pokonując obrzydzenie stanąć na zimnych kałużach wody która spłynęła z czyjegoś ciała wykonać ten sam szereg ruchów, po czym zmarznąć i ledwo wynieść głowę pełną ciężkich mokrych kapiących włosów prosto w frottowy świat ręczniczka i szlafroczka (hejtersi od zdrobnień podkarmieni). Nie chcę dotknąć cudzej ręki przypadkiem w autobusie, obce ciepło jest jak zimna ślina na gumie do żucia przyklejonej do papierka na potem, fu fu fu. Nie lubię musieć iść po zakupy i w ciągu tej samej sekundy podczas której to planuje, czuje już wyciągnięte do ziemi ręce i kłujący w udo przez reklamówkę róg kartonu z mlekiem. Ogólnie jestem zgorzkniała, pełna dezaprobaty do świata i tęskniąca za rajem nigdy nie posiadanym. Ale czasem taka nie jestem.

Kiedy taka nie jestem:
- gdy jem pyszną rzecz i mam jej jeszcze dużo na talerzu
- gdy idę ulicą w najładniejszej sukience świata i moje włosy są klasa błysk i lok
- gdy stąpam w bucikach krok za krokiem ostrożnie bo nie wierzę że pod moimi stopami jest Prawdziwe Miasto Marzeń.

Zdarzyło mi się to w życiu trzy razy w trzech miastach. Sztokholm, Paryż i Nowy Jork.

Sztokholm na wiosnę 2009. Pierwsze krótkie wakacje wyrwane z nudnego jak bura zupa uczelnianego kieratu. Pierwsze z Marcelim, pierwsze samolotowe, pierwsze zagraniczne samodzielne. Jedliśmy przez trzy dni głównie hot dogi i cukierki, bo były najtańsze. Spaliśmy w pachnącym drewnem hostelu i opatuleni we wszystkie ubrania jakie przywieźliśmy, chodziliśmy ulicami i zaglądaliśmy ludziom w talerze i w okna. Wszystko jak marzenie. Twarze, ciuchy, czysta prosta zwykła jasna CUDZA codzienność wypełniona robieniem tego, na co się ma ochotę (bo jest się przebogatym i żyje się w przebogatym mieście). Powietrze kryształ. Mgła nad łąkami i czerwono-białe domki, a w nich mieszka Underbara Clara i inne rumiane eko dziewki. Też tak chcę.

Paryż, jesień rok temu. Jesień najbardziej jesienna i wyryta już na zawsze jako archetyp jesieni idealnej. Złote liście, ciepłe światło, słońce jeszcze myśli, że jest lato, powietrze daje oddychać i skakać z radości. Każdy budynek zaprojektowany przez moje serce♥. Każde słowo jak płateczek dzikiej róży przerobionej na dżem do pączków przesłodkie i wonne. Każdy człowiek w beżu, szalu i zadbaniu. Też tak chcę.

Nowy Jork. Wiadomo. Słowo klucz: wszystko. Wszystko można, wszystko tu. Miasto marzeń. Język, którym operuję. Poziom życia, na który zasługuje psia mać każdy kto się wysila i ma czelność sobie tak zamarzyć! Polska brzydota dla kontrastu przelewa czarę goryczy. Dość, pierdole to. Też tak chcę i będę. BĘDĘ i wtedy zaśmieje sie w twarz sobie tchórzliwej. Nie jestem nieudacznikiem, to te paskudne studia zaszczepiły we mnie rozżalenie, że jak to, jestem?:( Tak ma być. Dość mam codziennego niepocieszenia. Między teraz a przyszłym wtedy jest tylko kurczący się odcinek czasu. Bedę kiedyś chodzić codziennie do pracy a pod stopami będę mieć miasto, które będę kochać. Będę siedzieć nad jakimś brzegiem czegoś, brzegi są zawsze dobre do rozmyślań, i gapić się w niebo i dusić ze szczęścia. Będę znów stać w metrze, trzymać się lepkiej rurki i znów powstrzymywać łzy, tak jak wtedy gdy z walizką ważącą 2/3 mnie stałam a za oknem błyskawicznie zniknęła Ula, a ludzie wokół mnie znudzeni senni zmęczeni spoceni i być może rozgoryczeni swoim życiem nie wiedzieli, że jestem tu w takim wagonie ostatni raz. Będę powstrzymywać łzy radośniejsze, z których każda będzie wypełniona maleńkimi wilgotnymi literkami układającymi się w jaki tandetny napis typu: 'marzenie spełnione', albo 'zesraj sie a nie daj sie: checked'.





No więc codziennie (metaforycznie oczywiście, gdzie tam ja i wysiłek fizyczny, pfi) biegnę nie bacząc na mą strzaskaną trzeszczkę, prę do przodu i odhaczam w myślach rzeczy do zrobienia: skończyć pieprzone srakostudia. Napisać obronić. Swój francuski doprowadzić poziom dalej. Angielski też. Nadrukować sobie na soczewce oka obrazek i jak Terminator widzieć go ciągle, żeby ciągnął do przodu. Nie jestem przegrańcem. Ja Wam jeszcze pokaże. I sobie.

A teraz niech sobie będzie cudna żółtolistna jesień i niech powietrze pachnie jak nowy piórnik i kasztan. Jesień to nie zgnilizna, jesień to pas startowy, bezpiecznie się rozbiegnę i fruuu. Tak będzie.
Cheers.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Jako że jest sporo do nadrobienia oto czas przeszły, teraźniejszy i przyszły mojej skromnej osoby.


Wydarzeniem z przeszłości niech będzie moja podróż busikowa z miasta stołecznego do miasta rodzinnego:

(muzyka, pełna grozy!)
Wlochata lydka brzuchatego sennego misia bezlitosnie lepiła sie do mojej nogi. Misio przysypiał rozlewajac sie na okolicznych siedzeniach i w zadnym razie nie baczył na to czy ktos na nich siedzi. Misio po usunieciu mozgu, nie kontrolujacy swojego ciala i jak ciele zasypiajacy wszedzie tam gdzie spoczywa jego dupa.
Zylasty krzepki budowlaniec do dzwoniacego telefonu za kazdym razem wrzeszczał jak jakas postac z kreskowki: witaj, moj przyjacielu!! Moze mentor budowlanej sekty.
Slonce naiwne swieciło przez brudna szybe. Radio sret dudniło piosenkami z lat 90. Sierpniowy zapach prac polowych i spalenizny. Bus toczył sie przez krzaczory i klepiska. Zupy nie zjesz. Moczu nie utrzymasz. Wstrzasnienie mozgu miec bedziesz. Sto kilometrow na godzine pedzi bo zdazyc musi. Bo zupy nie zje.
Atmosfera biesiadna. Wszyscy jedziemy na tym samym wozku. Wjezdzamy w powodz, patrzymy przez szyby busa zdjeci niema trwoga. Jak przez sciany tunelu pod dnem morskim. Przeplywa wielki zolw, macha do nas lapa. Matki wskazuja dzieciom na co nalezy patrzec i z czego radosc czerpac. Plaska plaszczka plaszczy sie nad nami i ma w nosie powodzie i korki na trasie lublin warszawa. Klamie. Plaska trawa lezy na powierzchi wody i patrzy jak wolno jada brudne samochody. Pelne spoconych misiow z urazona mina. Zerkajacych lakomie na swoja wielka butelke pelna slodziutkiej owocowej ice tea. Andrzej lepper nie zyje. Powiesil sie. Wszyscy jedziemy na tym samym wozku. Dzwonia do nas telefony w tej sprawie. Wczoraj zyl a dzis nie zyje. Nie zobaczy malinowego nieba nad warszawa. Nic nie zobaczy bo nie zyje. Misio musi miec miejsce dla swojej moszny, lepkosc mosznie szkodzi. Rozklada nogi. Ziewa, skrobie sie po czuprynie. Jego bury tiszert jest cały cieplutki i soczysty, wiem to, bo przytula sie do mnie ramieniem. Słodko. Było przesłodko.
(muzyka cichnie)

Cóż jeszcze... odbyliśmy kolejną podróż do Serocka (co za idiotyczna nazwa, niby polska, ale moja głowa usilnie próbuje mi wmówić, że angielska!). Zebraliśmy sto kilo kurek i zjedliśmy steki na sto dwa. Pewna zdrowa doza wiejskich wakacji. Co więcej, powrót odbył się STATKIEM. Statkiem kurna. Z wykładziną dywanową i prosze ja was grylem na pokładzie. Woń kiełbasy, obmierzły wujek w burej podkoszuli z ryżymi przyklepanymi włosami i przedziałkiem dokładnie na środku głowy... Tańce do muzyki disco polo. Tańce, takie weselne, a każdy zakończony owacją tych wstydliwych, którzy też by chcieli. Nie znajduje słów komentarza.

Teraźniejszość przedstawia się następująco:
Zastanawialiście sie pewnie nie raz i nie dwa jak wygląda mój dzień. No wiem że się nie zastanawialiście, ale Wam opowiem, bo dawno nie miałam takich regularnych dni.
Wstaje o 7.15 budzona 'like a rainbow' rolling stonesów. Idealny budzik, nie wywoluje panicznego strachu ('ojezu, oborze, jest szosta rano zima i musze isc do szkoły' ;(((). Przeglądam twittera i niezliczone gówna jakie przesyła mi groupon i okazik. Następnie jest czas na higienę, śniadanie i różne duperele. Wybiegam do pracy. Docieram do pracy. Coś robić trzeba, więc przeważnie przyjmuje płyny.
W między czasie troche pracy a troche opieprzania się. Nie wiem czy już to pisałam, ale jestem teraz w dziale kontaktów w klientami i mam służbowy telefon :> siedzę w ślicznym pokoiku i jest fajnie. Zostanę tu do końca września i być może, ale SZAAA, dostanę za to jakiś grosz :> No w każdym razie póki co klepie sobie w dziwnie skonstruowaną klawiature applową (serio? japko robi polskie znaki i kopiuje!? moje palce są zdezorientowane za każdym razem gdy siadam do jakiegokolwiek komputera, nie wiem kiedy dojdą do siebie) i patrze na applowy monitor cztery razy większy niz ten w moim netbooku. Galanto.
Pach pach pach i jest godzina siedemnasta, wybiegam radośnie. Z Marcelim trzymamy się za ręce i jemy, pijemy, albo liżemy (lody, świntuszki! miętowe z fragoli... < zakochany >). Chodzimy sobie tu i tam, czarująco szczebiocząc. Sen złoty spływa na me oczęta o 23 i poczynam smacznie chrapać w swoim łóżeczku. Fast forward button klik i już poranek, otwieram szeroko okno i wdycham poranek śpiewając piosenkę musicalową a pościel pachnie płynem do płukania silan BLA BLA BLA.
No dobra, już się popodniecałam.

Teraźniejszość mą zawsze obrazuje też potworna tęsknota i rwanie serca (wiem, że powtarzam to milionowy raz ale ja naprawde potrafie się zakochać w mieście! :(). Wczoraj w Berschce usłyszałam piosenkę 'empire state of mind' i łzy jak grochy stanęły mi w oczach. Ambaras :( Nie wiem co poczne jeśli dostanę odszkodowanie od LOTu. Nie wiem czy nie wydam wzystkiego na bilet żeby pobyć bezdomną przez kilka dni w najfajniejszym mieście świata. Nie wiem tylko które miasto jest fajniejsze - Nowy Jork czy Paryż?

To było to, co jest. Teraz będzie to, co będzie (wiem, mogłabym być ghost writerem paulo coelho!)

Będzie fajnie, bo przyjedzie do mnie do Warszawy Ula Celebrytka! Spędzimy zupełnie szalone kilka dni jak jakas Blair i Serena. Sza - lo - ne. Oprócz tego, do 15 września powinnam oddać jakąś część pracy magisterskiej a mam... no zgadnijcie. To nie trudne. No dobra, dla tych którzy nie zgadli: ZERO słów :( I coraz bardziej mnie to gniecie. I upośledza moją zdolność pisania CZEGOKOLWIEK, jak widać. Oh crap.

To było to, co będzie. Teraz będzie to, co chcę żeby było, tradycyjny element frustracyjny.
Chce rzucić wszystko w cholere, pieprznąć o ziemię więzami typu studia praca i Polska i wyjechać. Tylko nie umiem i ciągle mam wrażenie, że ci, którym się to udało, byli w lepszej sytuacji, lepiej znali język, mieli wykształcenie odpowiednie do rzucenia wszystkim co znane o ziemię i szukania pracy tam, gdzie sie marzy. No i co ja mam zrobić, skoro bla bla życie sie ma jedno i bla bla kiedyś będziemy żałować tego, czego nie zrobiliśmy, a nie tego, co zrobiliśmy. Potrzebuję brata syjama, drugiej głowy wyrastającej z ramienia która mnie będzie kopać w dupe (nie wiem jak ona to zrobi) i popychać do przodu i kiedyś sobie powiem: no ładnie. Próbowałaś.

Z takich bardziej irracjonalnych rzeczy...
Chcialabym kiedyś obciąć sobie sama włosy nożycami i czuć się beztrosko z tym swoim nowym krzywym i uroczym uczesaniem. Póki co codziennie rano wypowiadam liczne przekleństwa gdy próbuje dojść do ładu z wszechpuchem który sterczy mi z każdej strony.
Powiedziec komus kto sie gapi: co sie gapisz baranie jeden!? Zwłaszcza jeśli jest to paskudny dziobaty dresiarz rozkraczony w autobusie, albo starsza pani o wrednym wyrazie wąsa. Uwolnić swe frustracje w momencie ich narodzenia. Zawsze boje się riposty która zetnie mnie z nóg albo nabije śliwkowe oko.
Zapytać kogoś z dawnych czasów czy też o mnie czasem myśli tak jak ja o nim. Koleżance która zwymiotowała w pierwszej klasie na swoje ćwiczenia ze "środowiska". Koledze z liceum który mnie denerwował, a teraz chętnie bym się z nim spotkała i pogadała a sie wstydze poprosić. Takich osób jest z milion i jestem jedna ja aspołeczna i będę o nich sobie przypominać do końca świata i jeśli los nas nie zetknie na jakimś przejsciu dla pieszych to już nigdy z nimi nie porozmawiam. Czy ktoś też tak ma? Czy może normalni ludzie dzwonią do swoich starych znajomych kiedy tylko im przyjdzie na to ochota?

A tak wogóle to mnie sie juz ta blogowa zabawa nie podoba. Zawsze jest ktoś lepszy i to mnie denerwuje, bo jestem w pewnych sferach nadambitna i chce być nikt inny tylko master. Chcę codziennie radosnie znajdować czas na wrzucanie noteczek blyskotliwie napisanych tak ze nic tylko obsikać sobie nogi. Chce w każdej z nich mieć przynajmniej trzy zdjęcia ostre jak brzytewka przedstawiające szczupłą kibić, smakowite śliczności i rozświetloną chmure nad moim wiejskim domem. Chce wrzucać to co chce, czyli totalne duperele, one photo every hour, nową torbę i lakier do paznokci, a czuję się zobligowana do intelektualnych wypocin i to mnie taaaaak męęęczy i powoduje, że pisze raz na sto lat, a każdy głos krytyki to drżąca broda. Gdzie te czasy, kiedy bloga czytało pięć osób w tym ja i Marcel! Dla zobrazowania, chce być taka, taka i taka jednocześnie. No dobra, już się natłumaczyłam i nausprawiedliwiałam. Z czystym sumieniem mogę udać się na wypoczynek na drugim boku, bo innego wypoczynku to ja w te wakacje nie zaznaje.

Na deserek moje śliczne czerwcowe śniadanie (ah te bezrobotne, mają czas smażyć pancakes co rano...), moja śliczna torba i śliczne perfumy urodzinowe, śliczna leśna kura i parszywa ja i śliczny Marceli.









A w następnej noteczce, o ile nie nastąpi wcześniej koniec świata, podzielę się z Wami sekretem naszych babć. Otóż dowiecie się, jak uwaga uwaga, make poop easier! : - ) Będzie fotostory (ja w eleganckiej-ponadczasowej-odpowiedniej-na-spotkanie-i-kolacje-z-przyjaciolmi-kupionej-na-wyprzedaży bluzce, musowo), a efekt koncowy zamieszcze na fejsbuku i będzie można kliknąć "lubie to"! Czyż to nie kuszące? Pomyślcie tylko... < rozmarzona na amen >

W następnej noteczce pewnie będzie jesień i będe jeść buraczki i nosić buraczkowe swetry i będzie CUDNIE. O ile nie zacznie padać śnieg pierwszego września. To możliwe. Wszyscy to wiemy.
Dziękuje za cierpliwość. Całusy.

piątek, 15 lipca 2011

Och, hej, halo! A co to za krzyki! A odkąd to ja regularnie pisze! Witamy 200 obserwatora, dla niego specjalna notka o niczym. Im was więcej tym mnie mniej jak to mawiała jakaś marna piosenkarka.

Po pierwsze, ostatnio wygotowałam się za wszystkie czasy. Doskonała kuchnia z wielkim piekarnikiem, może nie idealnie wyposażona w rzeczy typu mikser, no ale od czego mam ręce! Burritos (mielone mięso w ostrym sosie pomidorowym z fasolą, tarty ser, moje najlepsze w życiu guacamole, szczypiorek, do tego sałatka z mokrych surowych warzyw), wielokrotnie pieczone chocolate chip cookies z przepisu z moich wypieków - właściciel kuchni i mój własny chłopiec błagalnie patrzyli i prosili. Poszli w deszcz po składniki. Wyszłam z pokoju z kostką masła w jednej ręce i tabliczką czekolady w drugiej. Po 25 minutach weszłam z talerzem ciastek. Magia. Sałatka szopska, czyli wariacja na temat greckiej. Ochhh. A potem przestałam gotować, bo mi żal czasu. W pracy jakieś cudactwa, po pracy chińczyk na pół z marcelim albo lody albo ciabatta z kozim serem z kerfura. Wieczorem porcja żywności dla kosmonautów w postaci patyków otrębowych. Ale nadal jestem subiektywnie tłusta, nie martwmy się.

Po drugie, wcale nie jestem taka znowu kreatywna. Smutno mi troche, że nie umiem pisać pod publiczke, tzn pod klienta. Pod dorosłego człowieka i pod masy dorosłych ludzi - konsumentów. No ale może się wyrobie i zeszmace i stanę kukiełką! A może wchłonie mnie inna działka, otulająca poczuciem bezpieczeństwa. W każdym razie jestem podekscytowana tym co robię. Do czego się przyuczam. Jestem czeladnik agencyjny. Nie wierzę że to sie dzieje. Mam najprawdziwsze praktyki w agencji reklamowej na starym mokotowie i codziennie jadę do pracy metrem. Marzyłam o tym ze trzy lata! Szkoda tylko że jestem taka biedna, a te praktyki są bezpłatne. Warszawa to miasto pokus (powiedziała posiadaczka czterech nowych rzeczy w kolorze cipkowym). Minus jest taki, że mam wygniłe oczy, a dziś nawet solidnie pulsuje mi lewa gałka. To wszystko dlatego że przedwczoraj przeczytałam na komputerze w pięć godzin (tryb: duma) doskonałą książkę o reklamie, o . Przesmakowita. Widocznie wywarła na mnie jakiś cudowny wpływ, gdyż dziś prosze ja Was, napisałam sama samiuteńka trzy reklamy radiowe które spodobały się copywriterowi z biurka obok więc NIE POGADASZ!

Poza tym kocham Warszawe. Kocham Cie, biedne miasto. Miłość ta została spotęgowana wizytą w muzeum powstania, wizytą na wystawie o odbudowie wawy i ogólnie, ogólnie. Nie wiem nic o polityce i historii i to jest żenujące, ale nie zabrania mi mieć złamanego serca z powodu krzywd ruin i ludzkich historii. Koszulin przedziurawionych kulą. Zdjęcia miałej tłustawej dziewczynki sprzedającej kwiaty na kupie gruzu. Moja mama urodziła się kilkanaście lat później. Niewiarygodne. Zamek królewski w zasadzie nie ma nawet stu lat. Niewiarygodne jak sobie to człowiek uzmysłowi. No więc kocham Cie warszawo i będzie mi smutno jak wyjade do paskudnego lublina. Miętole karte miejską.

Spotykam celebrytów, na przykład 157(cm) (tak, numer to osoba), z którą gadało mi się tak dobrze jak dawno z nikim (i teraz zagwozdka, co na to 157?), albo dziś w metrze ewe_b. Z tych mniej znanych niejaką Mariette Żukowską, starawą aktorke o twarzy psa, którą to twarz mam przed oczami a nie umiem nazwać;/, oraz Łukasza Garlickiego. Bywam w super ekstra miejscach, tak tak, bywam w nich. W planie b, w chlebie i winie, w ufo < wymienia porozumiewawcze spojrzenia z warszawiakami >. No powiem państwu że naprawde europejska i z klasą ta wasza warszawa.


Och, a o nowym jorku już nic nie pamiętam... połowa z Was widziała foty na fejsbuku. Druga połowa ma je w nosie. No ale wstawie, bo to niehonorowo bez zdjęć notke trzasnąć.






Fizycznie boli mnie serce jak na to patrze. Dlatego nie patrze, nie rozmyślam, bo bym beczała i beczała. Na co komu beczenie.













Matka Boska Flirtująca

Cóż mogę rzec. Oprócz tego że drugi tydzień mojego pobytu był także wypełniony jedzeniem, bieganiem po mieście, ale już spokojniejszy. Most brooklynski, MET, muzeum historii naturalnej, brooklyn ogólnie, lower east side z całym swoim dobrodziejstwem. Kampus Columbii (przygotowywany do wielkiej imprezy pod tytułem class of 2011 gdzie wszyscy rzucają czarnymi czapkami z kutasikiem :<), przypadkowy spacer po harlemie (i fenomen: CAŁOBOWE PRZEDSZKOLE....). I wielki finał tygodnia: ja, biegająca z drżącą brodą i łzami w oczach po mieście, 'co by tu jeszcze, gdzie jeszcze nie byłam!? ile mam czasu, o, godzina, co wybrać, strawberry fields czy może, no nie wiem, no nie wiem, zaraz wybuchnie mi głowa'. Wybrałam strawberry fields. Z kamieniem u duszy uwieszonym robie fote, zaślepiona rozpaczą nie baczę na białe fatalne adldasy, aż tu nagle...

...dzwoni telefon. Pani mówi że mój lot został odwołany. Że wracam do polski dopiero za trzy dni.

Ciekawe czy jeszcze kiedyś się tak poczuje, tak udusze ze szczęścia, tak będe biec przed siebie jak durna byle szybciej komuś o tym powiedzieć, tak chichotać w garść i parskać i mdleć z radości. A do tego mogę jeszcze dostać odszkodowanie i to niemałe, bo LOT nie raczył zaproponować hotelu, wyżywienia, lotu z przesiadkami. Należy mi się, za te potworne emocje sprzeczne targające mym wątłym ciałem!

Dusi mnie ze smutku jak przypomne sobie tegoroczną wielkanoc i gorączkowe planowanie, niedowierzanie, maślane spojrzenia rzucane na oślep bo w głowie tylko to co mnie czeka. A teraz to wszystko za mną. Czemu.

Moja ostatnia niedziela była kolejnym magicznym dniem. Niespieszne a wręcz nonszalanckie wyjście z pieknego domu w świat w którym czubki drapaczy chmur schowane są we mgle. Panie z psami ubranymi w ubrania, dzieci jedzące z rodzicami obiad w restauracjach. Codzienność i oczywistość. Prażony kokos, migdały i nerkowce chrupane pod Hotelem Plaza, bo pada. MoMA i znów przedziwne rodzaje sztuki, w postaci przekrojonej ściany domu, albo telewizora z filmem o ludziach przerzucających pustynie. Oh, pewnie, jesteśmy tutaj już któryś raz, nie musimy biegać z przewodnikiem, chodzimy machając parasolką i patrzymy na to, na co chcemy, ile chcemy. Niesamowicie jest mieć TAKIE muzeum pod nosem. Potem jedzenie w chińskiej restauracji. Pierożki z zupą w środku, jako jedna z tych rzeczy, o których marzy się i śni podczas zasypiania, gdy w brzuchu burczy a sadło sterczy. Zupa z makaronem ryżowym i wołowiną, jedzona pałeczkami. Kilka tygodni temu nie przypuszczałam że będę wiedzieć jak zjeść zupę pałeczkami. A jednak, Kasia! Łakomstwo czyni cuda! Wrzeszczące o napiwek a jednocześnie oszukujące o dolara kelnereczki nie operujące żadnym innym językiem poza własnym.

Ostatni dzień, deszcz od rana, pusty dom i ja w piżamie na cudzym krześle przy cudzym komputerze jem kanapkę z masłem orzechowym i dżemem. Jestem Meg Ryan. Kawa jest zdecydowanie za słaba, ale pobudza mózg do pisania pracy zaliczeniowej na za dwa dni. Później leniwa wyprawa do chinatown po wietnamską kanapkę bahn-mi i krótka wizyta w najfajnieszym sklepie z akcesoriami kuchennymi - sur la table. Pierwsze wyjście z domu bez aparatu i już czuje się calkowicie nowojorsko. Jadę metrem i nikt nie wie, że za dwa dni będę w lublinie. Że nie jestem stamtąd. Nikt nie jest stamtąd, wszyscy siebie napisali od nowa, zrobili nowojorskiego siebie z modeliny. Jestem białą kartą i mogę wszystko. To uczucie przeszywa mnie nieskończoną ilość razy.

I odjazd i już po wszystkim.


No i tak się kończy nowojorska historia. Wiem, słaba archiwistyka. Cóż.

Powrót był koszmarem. Siedziałam w środku środków a między mną dwie sapiące grube kobiety. Jedna z nich nazywała się (wiem, bo spojrzałam na bilet) Halina Kozibrzuch i miała przegub ręki szerszy niż złoty zegareczek. Na pewno wiecie o czym mówię. Każdy zna taką osobę. Spałam trzy godziny, a jak już sie obudziłam, to nie mogłam rozprostować karku. Obie grube baby zasneły, więc przepłukanie ust wodą stało sie marzeniem nie do spełnienia. Do końca lotu były trzy godziny. Dyskomfort milion....
A następnego dnia w nowej ślicznej sukience i kowbojskich bucikach poszłam na uczelnie ze smutkiem wyzierającym z każdego otworu ciała. Śmierdziało potem, było szaro brzydko i paskudnie, a wieczorem zobaczyłam kwintesencję młodzieży wiejskiej bawiącą się na juwenaliowym koncercie niejakiego Abradaba. W pamięci mam obraz dresa w czarnym polo, białych szeleszczacych spodenkach, białych skarpetach i białych adidasach tańczącego pijacki taniec ze swoją dziewczyną w kurteczke z dermy i za ciasnych przecieranych dzinsach..............

Co zdecydowanie polecam wybierającym się do Nowego Jorku? Trzy rzeczy.
Pierwej, telefon z tanim dostępem do internetu. Ja takiego nie mam, ale mam ipoda, który łaczy się przez wifi, jeśli gdzieś takie poczuje. Płatał jednak figle i czasem nie łączył, a czasem za wifi biegłam przez 10 ulic. Był pot i były łzy, gdy próbowałam kupić tatusiowi torbe do aparatu o którą mnie poprosił (a która i tak nie zmieściłaby się do mojej walizy) i musiałam się z nim konsultować klęcząc na podłodze w biurze FedExu. Przydaje się jako mapa, jako wyszukiwacz knajp i atrakcji, jako drogowskaz. Jako narzędzie do tweetowania, niezbędne do notowania widzianych ciekawostek. No może kiedyś będe miała trendi ajfona! Może następnym razem!
Następnie, książkę 'Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny' Kamili Sławińskiej. Dzięki niej przestałam się wstydzić tego, że nie rozumiem co do mnie mówią ludzie, mimo tego, że znam angielski. Zaczęłam ich prosić po pięć razy o powtórzenie i mieć w dupie co sobie pomyślą. Cudowne jest to uczucie, mieć w dupie co ktoś sobie pomyśli, dojrzewam do niego powoli ;)
Po trzecie - dużo pieniąszków. Dużo. Jeśli nie chcecie czuć się jak ubodzy krewni. W tym mieście jest wszystko. Warto tego wszystkiego spróbować!

Predko niczego nowego nie wydusze, bo nie mam czasu, jestem w koncu dorosła. Żeby nie było że nie uprzedzałam. A może, tak dla draki, właśnie że napisze. Los pokaże. Las pokaże (bo jutro jedziemy z marcelim na wieś wygrzać mieszczańskie kości).

Aha, jeszcze polecamTO. Nawet tym niechętnym otwieraniu linków. Nalegam, obejrzyjcie.

Z wyrazami miłości,
bzu.

czwartek, 16 czerwca 2011

Ula dziś na mnie nakrzyczała że jestem frajer i żaden ze mnie bloger. I miała racje. I niech sobie krzyczy ile chce. Jam frajer jest. Zarobiony po łokcie (leży w pościeli i duma nad miarowym stukaniem od sąsiadów), przywalony księgami do magisterki (nie ma żadnej), problemami życiowymi (nie ma się w co ubrać na jutrzejszą imprezę), drobnymi nienawistkami (jego włosy to durny, popieprzony twór który robi mu na złość najgorzej na świecie). Nie chce mi się już pisać o Nowym Jorku, bo co było a nie jest, nie pisze się w rejestr. No ale popisze. Ale nie teraz. Teraz zgrzytam zębami bo mam zły dzień i zwijam włosy w rulon i wyciągam te pojedyncze które wypadły i licze. Zastanawiam się czy oddawanie krwi boli. Moją motywacją jest czekolada, nie jestem dobra, mam udokumentowany poziom empatii 1 sten, czyli ZERO. Nie chwale sie tym.
Pociągam nosem bo lipa pyli i krople zakraplane w różne błony ciała nie działają i zastanawiam się jak bardzo bym siebie wkurzała, gdybym koło siebie usiadła, zwłaszcza dziś. Miarowe hałasy doprowadzają mnie do szewskiej pasji, zwłaszcza dziś.
Oglądam od nowa Friendsów. Nieważne ile lat minie, serio.
Zadaje sobie pytania:
Czy da się zkursywować kropkę?
Czy człowiek może śmierdzieć jednocześnie spod pach i z ust? To już wiem. Może. Może też śmierdzieć świńskim kwaśnym potem, nawet jeśli jest dziewczyną. Nie umiem ukryć niesmaku, to nie ja powinnam się wstydzić. To świat powinien się myć, albo leczyć swoją tajemniczą smrodliwą dolegliwość.
Czy nie powinno być tak, że już na początku ktoś mówi, że pracę magisterską da się napisać w miesiąc, zamiast przez półtora roku ugniatać moje sumienie i męczyć do usrania zmuszać i katować, skoro wiadomo że da się pracę magisterską napisać w miesiąc. A ja się poddaje katorgom bo jestem dobrym dzieckiem i grzeczną uczennicą. Z wrzodami.
Znalazłam pokój na mokotowie i wakacje spędzę właśnie tam. Ciekawa jestem bardzo jak to będzie mieszkać w warszawie. Zacieram rączki. Pozdrawiam właściciela pokoju, jeśli akurat postanowił sprawdzić czy nie jestem morderczynią która rozchlapie krew swej ofiary po tapetach w kwiatowy rzucik. Pozdrawiam jego siostrę, która mu powiedziała, że szukam pokoju. Nie wiem kim jesteście ale to wspaniale że dzięki Wam mam gdzie mieszkać!
Nie mam nic do powiedzenia. Presja milionów czytelników sprawia że wachluję się rączką i wzdycham całymi dniami myśląc nad tym co by tu ciekawego napisać. Żeby z butów wywaliło. Żart. Opisywanie wydarzeń to nuda, zwłaszcza gdy jest się nudnym człowiekiem. Na deser zdjęcia z aparatów lomo, fisheye'a którego dostałam od uli na gwiazdkę i holgi, którą nabyłam w NYC za 20 dolarów. Radość szczęście. Ludzie których znam z imienia i nazwiska już je widzieli i polubili, na fejsbuku. Może i Wy polubicie.







Hot dog i frytki z serem w PŁYNIE. 1500 kcal. Akurat dla kogoś kto dzień spędza w pościeli i jedynym ćwiczeniem fizycznym jest klikanie "następny odcinek" na stronie zalukaj.pl.






Łeb przycięty ale i tak wspaniale ilustruje beztroskę. Dziewcze rozparte na gorących deskach molo na wschodnim wybrzeżu.




A jak ktoś nie pała sympatią do lomo albo do marudnych notek, to zapraszam niebawem, może się natężę i wycisnę z siebie jakąś super ekscytującą a zarazem zabawną i wzruszającą noteczkę o mojej szalonej podróży do ameryki. Wszyscy będziemy klaskali.
A póki co, trzymajmy kciuki, żebym dostała odszkodowanie od LOTu i mogła jechać na wakacje. I kupić sobie skórzane sznurowane buciki i skórzaną torbę. I zapłacić komuś żeby napisal za mnie prace magisterskąąąą!! ;(
< zatyka uszy i śpiewa zagłuszając caaały świaat >

sobota, 28 maja 2011

Witam Was nowi. Nowi którzy przyszli od Uli celebrytki. Nowi którzy nabili mi rekordową ilość komentarzy. Nowi którzy widzieli super duper filmiczek z moim słowotokiem. Nowi którzy mnie nienawidzą. Witajcie!

Dnia trzeciego z rana pełna obaw o swe życie, bez mapy (bez komentarza), z pakunkiem śniadaniowym od Uli, ze stopami odzianymi w kolory stoiska z lodami kręconymi prosto z maszyny produkcji P.P.H. "Sopel" wyruszyłam w kierunku Penn Station, która była w remoncie, jak wszystko co chciałam zobaczyć. Zapociłam się z nerwów już w metrze, kiedy to pojechało nie tam gdzie ja zaplanowałam że pojedzie. Widziałam swojego pierwszego nowojorskiego szczurka, który milutko poruszał na mnie wąsikami gdy szłam korytarzem. Przesiałam truchcikiem cały kwadrat mapy aż w końcu znalazłam autobusowe miejsce. Wokół mnie ludzie biegli z kawą (rodzą się z tym darem? ja biegłam raz a kawa wybiegła z kubka:(), stara szalona osoba o czarnej skórze wrzeszczała że wszyscy jesteśmy zwierzętami. Lodowaty wiatr przewiewał moje krótkie gatki. W końcu autobus nadjechał. Obiecane wifi nie działało, lecz nie była to tragedia. Były to cztery godziny spokoju, pierwszy raz od kilku dni! Każda kępa drzew wyglądała zupełnie inaczej niż kępy drzew które dotąd poznałam. Każdy domeczek po drodze, cmentarz. Wszystko jak z filmu.

Waszyngton przywitał mnie lodowatym wiatrem a ja przywitałam Waszyngton wkurwem. Ulice nie miały numerów, tylko litery. Wszędzie było daleko. Nie dało się wypożyczyć roweru. Znów przerwa na lodowaty wicher. Zgubienie się razy milion. Aż wreszcie nagle spłynął na mnie spokój. Mapa znalazła się w jakimś miłym hosteliku. Zjadłam najlepszy na świecie frozen yoghurt. Zdarłam stopy do mięsa łażąc łażąc łażąc. Przestrzeń, czystość i normalność.

No a w remoncie były: poletko przed białym domem, oraz jeziorko przed pomnikiem groźnego Lincolna. Całe były: wzruszający nawet taką skałe jak ja pomnik upamiętniający II wojne światową. Amerykanie mają talent do rycia ckliwości w kamieniu! Washington monument, którego dotknęłam z niedowierzaniem, że oto ja tu jestem, gdzie ktoś ważny kiedyś coś zrobił. Coś upamiętnił. Niesamowicie jest być w pępku pępków świata. Leżałam na trawie wolnej od psich gówien i wpatrywałam się w samoloty które kursowały raz za razem. W niebo takie jak wszędzie, a inne. Kapitol, do którego ledwo się dokuśtykałam, po drodze zaczepiona przez ekipe filmową i kogoś bardzo podobnego do michaela moora pytającego mnie czy chciałabym wypowiedzieć się do kamery na jakiś tam temat. Serio? Zostałam też potrącona przez niezliczonych uczestników wycieczek szkolnych, małych grubasków obżerających się lodami i złotowłosych bialozębych chłopców ciągnących za warkocze opalone dziewczęta. Biedni umęczeni uczniowie zaciągnięci siłą do Waszyngtonu. To jak wycieczka szkolna do Wolbromia. Pozdrawiam wszystkich wolbromian. Powrotny autobus uraczył mnie wifi, lodowatą klimatyzacją i niemożnością zjedzenia kanapki ze śmierdzącym serem, bo wokół było pełno ludzi. I tu zaczął się najsmutniejszy moment.



Kto ogląda Mad men, ten od teraz także wie, że chrupki Utz naprawde istnieją! Tak jak te wszystkie żydowskie domy handlowe i inne cuda.




Instytucja frozen yoghurt powinna rozprzestrzenic sie na cały świat. To typowe dla amerykanów łączenie wszystkiego co słodkie i bezwartościowe, no plus całoroczne owocki. Lody jogurtowe o roznych smakach sryt sryt do kubełka, na to łopatka tego i owego (tu truskawki, borówki, kruszone wafelki duńskie, minimarshmallows, orzechy macadamia i kolorowa posypka), całość na wage i za kilka dolarów moja najulubieńsza RÓŻNORODNOŚĆ <3



Plany były takie, że jeżdże na rowerze i wszystko jest super. Rzeczywistość wytrąciła mi rower z rąk, więc zapisałam jak mam iść, żeby dojść. Now you know.

Dziadku, dziadku poczytaj nam bajke!


Głód i lodowatość.
Wysiadłam oczywiście nie tam gdzie miałam, bo WIADOMO. REMONT. Z Ulą nijak nie mogłam się skontaktować, bo ipod neta wszędzie nie złapie, a złotówkę na smsa wydać to dużo. Poszłam pod madison square garden i trzęsłam się i chciało mi się płakać, a jednocześnie ta obcość i anonimowość głaskała mnie swoją dobrą rączką. Gdy przyszła ula wspiełam się na nią jak mała małpka i pobiegłyśmy ochoczo zjeść japońską zupę ramen. I to było niebo. A potem tunę który jakoś tam się w tej ichniej terminologii nazywał. I to była moja pierwsza surowa ryba w życiu i drugie niebo tego wieczoru.



Spałam jak durna, nieświadoma tego, co czeka mnie na śniadanie. A czekał mnie... bajgiel z kremowym serkiem, łososiem i czerwoną cebulą. Do tego awokado skropione sokiem z limonki. Czy muszę mówić więcej? Proste jedzenie to sens mojego życia.
Piątek spędziłam w dzielnicy finansowej, nostalgicznie spogladając na Miejsce Po WTC, które jest wielkim placem budowy, okoliczne budynki które Tamtego Dnia Oberwały, pierdyliardy turystów w sportowych sandałach z dzikim pędem w oczach tłoczące się w century21. Wąziutka wall street. Śmierdzące miejsce po targu rybnym. Życie pulsujące. Tego mi brak.

OJEZU, wiem że ostrość nie całej bułce:/



Rower nie hipsterski, ale wiadomo o co chodzi.


Wybrałam się też jako rasowa turystka zobaczyć statuę przez brudną szybę promu. Niebo było dokładnie w tym samym burym kolorze co woda, co statua, co statek i co każdziutki drapacz na horyzoncie. Żadne tam fajerwery. Życie. Odrapana kula spod WTC w Battery Parku. Muffin z malinami i jablko w płynie. W żyłach to życie, które teraz taki bełkot ze mnie wyciska. Nie do opisania. Co było wieczorem, mój aparat nie pamięta. Za to aparat Uli pamięta, że wtedy czekałyśmy dwie godziny żeby zjeść w meatball shop. Miękka slodkawa bułka, klopsiki z wołowiny, niesamowity sos pomidorowy i mozarella. Plus sałatka z rukoli i jabłka. To jeden z tych smaków które będę pamiętać na łożu śmierci i charczeć: dajcie, ah dajcie mi klopsiki!




Weekend opisała Ula. Żarcie żarcie żarcie! W sobotę rano brooklyn, wizyta w Eat, koszmarne polskie okna z papierowym wyblakłym papieżem i niezliczonymi flagami. Wielki secondhand w którym kupiłam pierścień mocy. Sklepy z płytami i książkami. Leniwość. A potem najlepsze tacos mojego życia, mimo że z podłej sieciówki. I placek z jabłkiem i cheddarem.
Co było wieczorem, nie pamiętam. Może chodziłyśmy jasną nocą noga za nogą, ja w cudzym śnie. Może to wtedy spotkałyśmy szalonego pana który mówił do siebie i chciał wiedzieć czy skoro mówimy po polsku to tańczymy polkę. Nie, ale coś tańczymy. Mam nadzieję że niedługo zobaczycie, jak Uli nie trafi szlag przez was, hejterzy!



Moja interpretacja drzewka wyrastającego z rury ;)a tu ulowa.







Niedzielny poranek na pchlim targu. Potem sklep fotograficzny pełen Eliaszy i Jonatanów, gdzie rozdawali darmowe prosze ja was precle i napoje. Luks. Wypełniłyśmy kieszenie materiałami światłoczułymi i pobiegłyśmy dalej. Na manicure na upper east side. Na koncert do Lincoln Center. Żeby gęsia skóra zabiła mnie i moją emocjonalną duszyczkę. Do west willage. A wieczorem poczyniłyśmy nasze pierwsze barmanowe tete a tete. Ciekawe czy jeszcze kiedykolwiek złapię nić porozumienia z jakimkolwiek barmanem świata. No raczej nie tu gdzie jestem. Jak już wspominał koszałek opałek archiwista, zostałyśmy obdarzone darmowymi margharitami ze względu na żałość jaką stanowiłyśmy, nie mogąc wydać na nie 18 dolarów. W naszych żołądkach spoczęły nieziemskie kukurydze: grillowane, posmarowane śmietaną? i serem, posypane papryką.

Och.
Każda nocna minuta była warta tyle, co dwie dzienne. Stukot obcasów, inspirująco ładni ludzie, wszędzie pełno wszystkiego. Wszyscy mogą wszystko. Mają na to pieniądze i ochotę. Mokre ulice i taksówki. Tuż obok jakieś gwiazdeczki świata kina muzyki i literatury. No bo gdzie jak nie tu? Gdzie? Nie znam ich twarzy ale wiem że tam są. Nadal tam są.

Tam. Chcetam. Tu nastąpi moje zgnuśnienie a następnie zgon z nudów. Smutek i żal. Praca magisterska.

Aha 1, u mnie coś jest nie tak z fotami. Są ucięte. Są jakieś wielkie. Jeśli komuś też ucina, niech da znać. Ah kurda;/
Aha 2, tu mnie możecie zapytać o te wszystkie cudactwa typu okulary, sukienki, włosy, które Was frapowały u Uli a na które Ula nie znała odpowiedzi. Serdeczne pozdrowienia, moi milusińscy pupile.
Aha 3, dla spragnionych link do filmiczka.