sobota, 28 listopada 2009

To było wczoraj, w wigilie andrzejek:
gapienie się w gwiazdy, które napędzają świąteczny nastrój u nas w domu

malowanie pazur

jedzenie kokardek z porem, smietaną, czosnkiem, pomidorem i szynką szwarcwaldzką. por to najbardizej niedoceniane warzywo jakie znam, a ostatnio moja miłość do niego płonie jak szalona. kojarzy sie ze zwłokami jakie można wyciągnąć z zupy, przypominającymi kłąb włosów z odpływu wanny. a tu prosze, pasuje do wsyzstkiego, cudowny słodkawy.
i czytanie anthony'ego bourdaina i jego zwierzeń z zaplecza restauracji ;>
a teraz oglądam pascala który mym idolem wcale nie jest gdyż weź kośtećka pśyprafofa piepś, wymieśaj śybko z kostka hosołowa i wuala! pśepyśne danie gotofe!
a zaraz szykujemy sie i wychodzimy i jedziemy do białegostoku na impreze andrzejkową. oby było fajnie i obym nie dostała anginy i zapalenia zatok jak podczas ostatniej wizyty w białymstoku, i do tego jęczmienia na oku, który zmuszał mnie przez bite trzy dni do przykładania sobie w idiotyczny sposób torebki z herbaty do oka, a ona splywała mi spod dłoni i wyglądałam nieco...gnijąco. no oby nie tym razem;)więc pa!

środa, 25 listopada 2009

Jako że dziś katarzyny, to zostalam ja obdarowana. Starość nadchodząca objawia się zjawiskiem OBCHODZENIA imienin. Obdarowało mnie allegro, a w zasadzie pewna inna Katarzyna, i akurat na dziś przyslało kupioną sukienke. Topshop, 45 złotych lalala;)Jest granatowo - kremowa. A nie czarno burobiała. Dorównuje cudownością nawet o tej z króliczymi uszami. Mogłabym żyć w swiecie dziewczynek, pelnym sukienek pikników i pluszu ale bez dziewczynek, bo są irytujące, czego pokaz mam codziennie na uczelni....ale o tym za kwile. Kieca - tak, jak zwykle niewiele widać ale mąższ mój ogląda mecz w pozycji gupiego goryla i nie ma czasu rozładować prania żeby mu serdak wysechł na jutro a co dopiero już mówic o sfotografowaniu swej ukochanej;/

Wyglądam tu jak pieczarka. Kiec ma gorsetową góre z fiszbinami i bombkowy dół. I <3.

Razem z nią przyszła imieninowa czekolada od tej oto Katarzyny.
A następnie przyszła kolejna czekolada w postaci całej słodkości jaka uosabia mój gach oraz jego kieszeń skrywająca ten oto skarb;)

Oraz kolejny gift, tym razem od małgorzaty ktorą mam nadzieje zobacze gdzieś tak w połowie grudnia....wybacz małgorzato że zdjęcie takie udowe. Wybacz. Cudny oldschool w postaci rajtuz w kropy. Firmy VIOLA, z niemiec:>


A więc wszystkiego najlepszego dla mnie z okazji posiadania tegoż imienia.

Co poza tym... bylam wczoraj u dwóch lekarzy postrachów tego świata. W przeciągu godziny. Zaczynają się na litere D i G. Słowo klucz: grzebanie.
Kupiłam bluzczyne w kwioty za siedem zlotych w szmateksie gdzie trwała nieustająca walka spoconych bab. A w innym widzialam czekające 40 minut przy kontenerze na buty, trzymające się zębami i łypiące spod beretów i grzywek pokrytych farbą w kolorze jakiego Bozia nie stworzyła. Zaczynają mnie wtedy swędzieć łokcie i mam ochote komuś przywalić tak po prostu, za to spojrzenie i grzywke i wielką, WIELKĄ brodawe na nosie. Czy to już sie leczy?:<
Miałam dzis strasznie męczący dzień, zwieńczony koszmarnie stresującą kliniczną na której OCZYWIŚCIE nie odezwalam sie ani słowem bo boje sie że dostane drugą dwóję, za gupote;/ Męczyło mnie też SZCZEBIOTANIE dziewczynek. Agresja.
Obżarta mandarynkami ide zaraz spać. Odzieżowo tak jakoś płytko, ale przyznaje, odzieżą nie pogardze...

niedziela, 22 listopada 2009

Dziekuje za wszystkie głosy! Nie wiem jak to jest, czy można codziennie, czy raz, w każdym razie próbujcie;> Pewnie nie wygram bo jakies tam pfii, kawowe brownies i ciastka w kształcie lisci, teżmicos...;) Więc aby osłodzić sobie prawdopodobny brak sukcesu upiekłam muffiny.

Czerwone z malinami, żurawiną i białą czekoladą.
Żółte z bananami i białą czekoladą.
Zielone z gruszką i cynamonem.
Oczywiście są brzydkie, bo mój piekarnik nie rumieni, jego wielkim sukcesem jest niespalenie, więc nie wymagam już złocistości. Nie wyrośnięte bo wole płaskie, ale nie piaskujące zębów proszkiem do pieczenia, a więc dodałam go mniej niż w przepisie. (Tak, wiem, drasstycznie różnią sie od oryginału...) Jakies takie rozlazłe, bo dobrostan wielki owocowy sprawia że sie rozwalają przy jedzeniu. Ale oszałamiająco cudowne, zwłaszcza ta czekolada.......

Druga sprawa. Bylimy dziś na spacerze nad rzeką i rzeka doprowadziła nas do centrum a więc bardzo daleko. Doczołgaliśmy sie więc resztką sił do CH gdzie małż popełnił najdoskonalszą bluze EVER. Kocham ją i mam zamiar kraść. Dodam iż ma sznureczki przy kapturze w deseń ciastka... Tak więc me pachole w gaciach i jego prężne udo i nasza zbyt żółta ściana z kwiatkami którym zwisł jeden z płateczków.

A pozostając w klimacie bajkowym, mój nowy naszyjnik, uczyniony przez chłopię ktoregoś poranka z tą charakterystyczną miną Faceta Który Dostaje Do Ręki Robote Dla Małego Majsterkowicza. Zaciętość, wywalony jęzor i 'czekaj, no czekaj jużprawie!'

Ah, a po owym zakupie poszli my do Costa coffee bo małżonek mówi: zapraszam Cie kobieto na kawe! A że w lbn na krakowskim przedmieściu (tak, kopiujemy warszawe) zamknęli kofihewen z ich cudownymi kawami swiatecznymi bedacymi najdoskonalszym polaczeniem chemikaliów przez które czuje swięta i chce składać życzenia i nosić zieleń i czerwień i piec pierniki, to niestety. W Costa wypilismy najdroższe kakao świata nazywające sie dumnie gorąca czekolada miętowa. Niewarta wiele, kosztująca chyba z 15 zlotych. Więc to taka przestroga. Nie pić.


Zdjęć obiadowych nima bo ciągle raczymy sie przewspaniałym gulaszem moim pierwszym a juz udanym:] Dobra rada dla planujących, chociaż moze ogolnie znana, acz dla mnie rewolucyjna: gozdziki i cynamon do sosu. Cud. Z ziemniokami utarzanymi, cud. Kocham PULPY.

sobota, 21 listopada 2009

Stała sie rzecz przewspaniała. Moje zdjęcie zostało wybrane do drugiego etapu urodzinowego konkursu na blogu 'moje wypieki', ktory pozostaje mą wielką inspiracją;)
I tu moja wielka, wieelka prośba. Do końca miesiąca albo i dalej trwa sonda. Cztery zdjęcia z największą ilością głosów zostaną naagrodzone książkami Nigelli Lawson;>

Więc prosze. Zapraszam TUTAJ. I proszę o głos na zdjęcie pancake'owe, bo co ja naleśniczy szaleniec mmogłam wysłać na konkurs.....nie wiem czy można glosować raz, czy codziennie czy jak. Ja bym tylko chciała ksiunszke......;)


Poza tym to tak: jestem dziś typową panią domu, gotuje gulasz z buraczkami na ciepło. Przez dwie godziny rzucając inwektywami próbowalam z wielkiego krwawego ochłapu wykroić flaki, hahaha! :/ Jeden wielki FLACZOR. Wredna świnia ktora była dawcą kilograma łopatki niezbyt nam sie przydała, bo pod koniec tej operacji w misce na mięso była 1/5 całości, reszta porozrzucana po kuchni. Nie wiem jak polskie kuchary są w stanie używać wieprzowiny na cztery obiady w tygodniu, ja bym oszalała. A wczoraj, wczoraj potrzebowałam otuchy więc uczyniłam krupnik...z pęczakiem, marchewką, kawałkami mięsa z indyka, ziemniokami....gęsty i cudowny. Nie wwiem skąd to zapotrzebowanie na polskie jedzenie;)

Jeszcze raz bardzo ładnie prosze o głosy na mnie i rączki całuję po każdym oddanym.
Wasza oddana bzu.

czwartek, 19 listopada 2009

Nowy przebój świata. Czekolada pomarańczowa...

Pół litra mleka do garnuszka. Garnca. Podgrzewać aż sie podgrzeje, wsypać trzy łyżki cukru i włożyć skórkę z całej pomarańczy w postaci cienkich pasków wypełzniętych spod ostrza nożyka do warzyw ktorego nienawidze, ale który tworzy takie paski. Pogotowac chwilke, odstawić na 10 minut. Wyłowić pomarańczowe truchło oblizując je z mleka i zjadając jesli sie lubi a ja lubie, kożuch który się napewno wytworzy. Połamać tabliczke gorzkiej czekolady na kawalki, wrzucić do gołego mleka, podgrzewać aż wszystko się rozpusci.

Omdlałam. Zdjęcia krap bo nie da sie uchwycić cudowności gorącej czekolady, tego że jest gęsta a nie takie brązowe mleko, że pachnie, że ma miliard kalorii....;)

(społeczna zaliczona, ale trzy i pół racjonalizuje sobie w ten sposób, że pani zrobila mega trudnego kolosa, którego nie zaliczyły nawet totalne prymusy. obym sie wykaraskała i nie zaprzepaściło to mej szansy na bycie psychospołecznym.)
(kubek w swetrze jak i zaparzacz w kształcie domku który gdzieś tam już występował z marksa i spencera, kupiony dokładnie rok temu, ale w tym roku też są;))
Uczyłam się społecznej.

brzydka dobra zupa z pieczar!



zero pestek, radość, szczęście!

najbrzydszy mąsz świata i jego wąs i jego NOS

I śniadania:

wczoREJ - ricotta hotcakes. wygladaja jak zwykle pancakes ale sa z twarogiem, bo taka wersja dla ubogich;) przepis tu.

dzisiEJ - niskobudżetowe kulki czeko z lidla z malinami. wyszło takie bobo ze zdziwioną miną, z rubinem warg wielkooka dzieweczka, no nie wiem;)

A teraz, dyg dyg dyg ide zaliczać :(

wtorek, 17 listopada 2009

Zło:
Cóż mi z tego że na interwiu wypadłam jako ta błyskotliwa i pełna zapału, ja + puszenie loka + wyszczerz + tip top cv, ja + pan o oczach Grubego Tony'ego z Simpsonów skoro okazało się że nie szukają studentów dziennych na 4 godziny pracy przy kompie w domu własnym, tylko czlowieka z obiema rękami zdolnymi do obsługi excela i powerpointa przez OSIEM godzin W BIURZE. kolega kolegi kolegi okazał sie mocno niedoinformowany.......Dokończę myśl - z mojej wielkiej fortuny tysiąc dwieście brutto nici:(
Dobro:
Zrobiłam sobie rano dla otuchy omlet biszkoptowy. Z cukrem pudrem na wierzchu. Zdjęcie do wyraźnych nie należy, w zasadzie nie przedstawia NIC, bo wiadomo, ta maniera artyzmu...Widać jednak puchatość. Zresztą, dzieło to powstało między szóstą a siódmą rano i nie miałam czasu robić stu zdjęć bo jadłam go biegając w gaciach oszalała ze strachu że sie spoźnie na interwiu, a pfi:/

Zło:
Moją nowo odkrytą wadą jest fakt, że uwielbiam parówki i postanowiłam się z tego wyspowiadać. Dodajmy do tego uwielbienie masła i nieszczęście gotowe. Morlinka z Berlina + pomidor z pieprzem + chleb z masłem = szczęście.
Dobro:
Kupiłam (za cudze pieniądze;/) przefantastyczną sukienke za przefantastyczną cene....których jednak nie zarobie więc powinnam ją odpracować szorując lastryko na klatce schodowej z plwocin pochodzących z samiuśkich płuc, butelek piwa "lubelski żul" oraz kurzu i znoju dnia codziennego.

Bez ładu i składu.