Paryz dzien pierwszy.
Znaczy sie dojechalismy, przezylismy osiem godzin w pkp bez wody ktorej zapomnialam spakowac. Przenocowali nas cierpliwie venile, znoszac dziwne dzwieki ktore wydajemy noca, to znaczy moje wlasne osobiste patologiczne gadanie w przestrzen. My znieslismy bez trudu donosne chrapanie rudej glowy ktorej nikt przy zdrowych zmyslach nie posadzilby o takie dorosle meskie halasy. Nabralismy ponownej ochoty na kota. Lot jak lot, kazdy juz gdzies kiedys lecial. Mniej wiecej w polowie przestalam wyobrazac sobie nasze nekrologi. W autobusie pan polak wyciagnal wonne kanapki z kielbasa czosnkowa i poczal opowiadac swej sasiadce o tym, ze pisze wiersze, teraz glownie o dzieciach, oraz ze wydal juz dwie ksiazki czytala pani? I ze jego przyjaciel ukradl mu piec samochodow. Ze co tydzien zuzywa trzy rolki filmu, bo kreci takie male dzielko o sobie. Ze byl tylko w trzydziestu krajach, jaki tam on podroznik obiezyswiat. A pani sasiadka na to hihihi ale pan to ma szalone zycie! No naprawde. A kielbasa ciagle wydzielala won.
Wszechobecny gulgot utrudnia rozumienie i zamienia w proch moje jakiekolwiek umiejetnosci z liceum. Milosc do gulgotu, balkonikow okiennic kwiateczkow i wszystkiego co tutaj piekne.
Jestesmy sami w wielkim, wypelnionym dewocjonaliami mieszkaniu w 12 dzielnicy. Lodowka wypelniona najsmrodliwszymi serami swiata. Za oknem panie tuptaja bo to sobotni wieczor. Ciezko sie pisze na klawiaturze AZERTY :D Zwlaszcza po butli wina. O losie toz to niebo!!
Jutro jakas pani krysia i zosia biora nas na wycieczke po zamkach bo jest jakies swieto czegos czego nie umiem wygooglac ;)
Blogoslawiene krewne Marcelowego wuja!
Blogoslawieny kraj bagiet.
Vive la France!
Zostajemy na zawsze. Do klawiatury azerty da sie przeciez przyzwyczaic!
sobota, 18 września 2010
czwartek, 16 września 2010
To jutro.
Oczywiście nic nie jest gotowe, wszystkie ubrania mają mokre szwy i kołnierzyki i kieszenie, wygodne buciki nie zostały wybrane, żaden plan dni godzina po godzinie nie zrobiony! Na mapie zaznaczyłam szmateksy i Lidle. Miałam dziś pierwszą przypominającą lekcję francuskiego, podczas której uśmiechnięta pani w spódnicy dwa razy dłuższej niż moja kość udowa kazała czytać, powtarzać i wymuszała na mnie rezolutne potrząsanie lokami, chwaląc moje gulgoty ;> A papież z pianina patrzył na nas jednocześnie całując po głowie jakąś mazowszankę o rysach dziwnie podobnych! I spódnicy dłuższej jeszcze. Jutro ostatnie lasery zbombardują moją stopę, osiem godzin przesiedzę w pociągu, zjem homemade hamburgera (który w postaci surowej wzywa mnie z kuchni), dotknę palcem chudej a rudej głowy goszczącej nas we wrocławiu venili, nooo o ile mi pozwoli.
Takie dziś historie kuchenne:

Majty suszące się NAD PIECEM. Jak Boga kocham.

I muffiny owsiane na zdrową pociągową przekąskę podczas oglądania House md. Błogosławiene netbooki.
No i jeśli mają państwo jakieś porady paryskie, adresy, masthewy i inne cudowności to będę wdzięczna. Dozo za tydzień!
Oczywiście nic nie jest gotowe, wszystkie ubrania mają mokre szwy i kołnierzyki i kieszenie, wygodne buciki nie zostały wybrane, żaden plan dni godzina po godzinie nie zrobiony! Na mapie zaznaczyłam szmateksy i Lidle. Miałam dziś pierwszą przypominającą lekcję francuskiego, podczas której uśmiechnięta pani w spódnicy dwa razy dłuższej niż moja kość udowa kazała czytać, powtarzać i wymuszała na mnie rezolutne potrząsanie lokami, chwaląc moje gulgoty ;> A papież z pianina patrzył na nas jednocześnie całując po głowie jakąś mazowszankę o rysach dziwnie podobnych! I spódnicy dłuższej jeszcze. Jutro ostatnie lasery zbombardują moją stopę, osiem godzin przesiedzę w pociągu, zjem homemade hamburgera (który w postaci surowej wzywa mnie z kuchni), dotknę palcem chudej a rudej głowy goszczącej nas we wrocławiu venili, nooo o ile mi pozwoli.
Takie dziś historie kuchenne:

Majty suszące się NAD PIECEM. Jak Boga kocham.

I muffiny owsiane na zdrową pociągową przekąskę podczas oglądania House md. Błogosławiene netbooki.
No i jeśli mają państwo jakieś porady paryskie, adresy, masthewy i inne cudowności to będę wdzięczna. Dozo za tydzień!
wtorek, 7 września 2010
Przed pierwszą postanawia opuścić lodowaty 'duży' pokój i udać się do łóżka. Lap i zimna herbata zostają. Teraz ten straszny moment w którym wszędzie ciemno a ona do dzis nie jest pewna czy, u licha, tam napewno gdzies w czeluściach kuchni/lustra/klatki schodowej objawiającej się jasnym kółkiem wizjera o jakimś durnym imieniu, judasz? nie kryje sie potwór albo zwłoki. Czy jeżeli nikt ich nigdy nie widział, to znaczy że ich nie ma? Czy jak drzewo upada w lesie to wydaje dźwięk? Te wszystkie pseudofilozofie przemykają jej przez głowe w czasie robienia ostatniego siku. (o fuj, cielesność, wydzieliny, bleh, wstydz sie dziewczyno, nie bądź taki ordynus!) Ale dobrze wiecie że moment ostatniego siku, lub też po ciemku spaceru jest dobry na przemyślenia.
Włazi z zimnej pozakołdrzanej rzeczywistości do ciepłego kokona, niczym do łona matki, łona Matki Boskiej Ciepłowniczej! A tam piec grzeje, wsadza temu piecu jeden sopel stopowy pod okolice nerek, a drugi sopel przykleja do miejsca pod kolankiem. Piec li tylko zamruczy i wykręci się do ściany. Sople zaczynają tajać. Nos w ciepłym karku. Piec sapie. Ma ochote palnąć w łeb bo jest osobą niedobrą i niewdzięczną, no ale prosze wybaczyć, miarowe dźwięki wszelkie doprowadzają ją do szału...przełyka szał i śni jej się ciasto, bo cały wieczór oglądała takie rzeczy.
Noc jak co noc.
Ciasto zaczyna się trząść, więc ona otwiera oczy. To piecyk nią trzęsie. Budzi znaczy, o 11 zamiast o 10. W pokoju tak szaro jak wtedy gdy szło się w grudniu do szkoły na ósmą i chciało się płakać, umrzeć, zachorować na coś potwornego byleby tylko nie musieć pokonać tej strasznej trasy pod prysznic, tylko po to żeby po 15minutowym oblewaniu się wrzątkiem wyjść spod niego tak samo zziębniętym, pokonując mdłości wcisnąć w siebie jakieś płatki z mlekiem i wyjść na ziąb, wyjść by dojść i wkuźwić się z powodu tępoty ludzkiej, dorosłej czy dziecięcej. Ona wyjść nie musi. Może. Tak sobie powtarza, bo wtedy czuje sie dorosła i mająca wybór. Szybko otrzeźwia ją sterta brudnych zaschnietych garów więc rozdziera się donośnie i już jest obudzona. Kawa, pyk pyk, w trzyminuty jej furkotania, prysznic. Na dworze nadal smutek. Leje. I bardzo dobrze, w końcu jej kaloszki to jedyne buty które ostatnio kocha, ich wadą jest co prawda konieczność zdejmowania w dwie osoby, ale to tak zbliża ludzi ;-) Je kanapke z resztą masła orzechowego i dżemu, widelcem, żeby na dłużej starczyło. Kanapka się rozjeżdża i wygląda jakby ktoś poronił na je talerz. Kawa najpierw przez 20minut parzy usta, potem w 2 minuty staje sie już obleśnie letnia. Czeka aż zlodowacieje. Dojada krwawe wiśniowe strzępy z talerza z Włocławka. Ponure spojrzenie za okno. Owijanie w bawełnę.
No idźże już.
Czas na rehab. Odwyk stopy od choroby. Pomarańczowa poczekalnia pełna zażywnych babć i dziadziów, którym chyba podoba się na rehabie ;) Najpierw 10 minut jeżdżenia po stopie czymś na kształt i podobieństwo słuchawki prysznicowej. Ultradźwięki podobno, ale kto ich tam wie! Potem 15 minut kąpieli w minijacuzzi. Następnie przez 10 minut coś pipczy patrząc na czerwonym okiem w jedno miejsce. Jest cudownie. To prawie jak niewinna choroba zwalniająca z lekcji. Tylko że lekcji nie ma. To tak jak dzień wagarowicza w niedzielę.
Dzień jak co dzień, od wczoraj do za dwa tygodnie.
Włazi z zimnej pozakołdrzanej rzeczywistości do ciepłego kokona, niczym do łona matki, łona Matki Boskiej Ciepłowniczej! A tam piec grzeje, wsadza temu piecu jeden sopel stopowy pod okolice nerek, a drugi sopel przykleja do miejsca pod kolankiem. Piec li tylko zamruczy i wykręci się do ściany. Sople zaczynają tajać. Nos w ciepłym karku. Piec sapie. Ma ochote palnąć w łeb bo jest osobą niedobrą i niewdzięczną, no ale prosze wybaczyć, miarowe dźwięki wszelkie doprowadzają ją do szału...przełyka szał i śni jej się ciasto, bo cały wieczór oglądała takie rzeczy.
Noc jak co noc.
Ciasto zaczyna się trząść, więc ona otwiera oczy. To piecyk nią trzęsie. Budzi znaczy, o 11 zamiast o 10. W pokoju tak szaro jak wtedy gdy szło się w grudniu do szkoły na ósmą i chciało się płakać, umrzeć, zachorować na coś potwornego byleby tylko nie musieć pokonać tej strasznej trasy pod prysznic, tylko po to żeby po 15minutowym oblewaniu się wrzątkiem wyjść spod niego tak samo zziębniętym, pokonując mdłości wcisnąć w siebie jakieś płatki z mlekiem i wyjść na ziąb, wyjść by dojść i wkuźwić się z powodu tępoty ludzkiej, dorosłej czy dziecięcej. Ona wyjść nie musi. Może. Tak sobie powtarza, bo wtedy czuje sie dorosła i mająca wybór. Szybko otrzeźwia ją sterta brudnych zaschnietych garów więc rozdziera się donośnie i już jest obudzona. Kawa, pyk pyk, w trzyminuty jej furkotania, prysznic. Na dworze nadal smutek. Leje. I bardzo dobrze, w końcu jej kaloszki to jedyne buty które ostatnio kocha, ich wadą jest co prawda konieczność zdejmowania w dwie osoby, ale to tak zbliża ludzi ;-) Je kanapke z resztą masła orzechowego i dżemu, widelcem, żeby na dłużej starczyło. Kanapka się rozjeżdża i wygląda jakby ktoś poronił na je talerz. Kawa najpierw przez 20minut parzy usta, potem w 2 minuty staje sie już obleśnie letnia. Czeka aż zlodowacieje. Dojada krwawe wiśniowe strzępy z talerza z Włocławka. Ponure spojrzenie za okno. Owijanie w bawełnę.
No idźże już.
Czas na rehab. Odwyk stopy od choroby. Pomarańczowa poczekalnia pełna zażywnych babć i dziadziów, którym chyba podoba się na rehabie ;) Najpierw 10 minut jeżdżenia po stopie czymś na kształt i podobieństwo słuchawki prysznicowej. Ultradźwięki podobno, ale kto ich tam wie! Potem 15 minut kąpieli w minijacuzzi. Następnie przez 10 minut coś pipczy patrząc na czerwonym okiem w jedno miejsce. Jest cudownie. To prawie jak niewinna choroba zwalniająca z lekcji. Tylko że lekcji nie ma. To tak jak dzień wagarowicza w niedzielę.
Dzień jak co dzień, od wczoraj do za dwa tygodnie.
niedziela, 5 września 2010
No i prosze, mamy panią jesień.
Pani jesień powoduje zapuszczenie blogowe. Wystawienie paluchów spod koca grozi ich zasinieniem z zimna i nie odbywa się w żadnym innym celu niż ujęcie w dłonie dużej zielonej herbaty. Widać różnicę między wewnątrz i na zewnątrz, tu jest pomarańczowo i no powiedzmy że obiektywnie jednak ciepło, a tam wicher woda i granat. Gumowe kozaki to jedyne buty jakie się należycie sprawują, mimo że lustrowane od góry do dołu przez przeróżne uliczne kobiety, bo jak to, gumowy kozak? Wyciągnęłam już wór z czapkami i szalikami, a termofor przydaje się coraz częściej, już nie otworom usznym, ale wszelkim zimnym częściom ciała w których krew nieżwawa. Pogoda jest wprost zabójcza dla parasoli, jeden z nich złamał kręgosłup w trzeciej minucie spaceru :[ Na dworze czasem dobrze pachnie, tak jak początek roku szkolnego i nowe zeszyty i kredki i tenisówki i liście. Można zrobić wreszcie wielką zapiekankę ziemniakową, albo gorącą zupe, kakao pić na umór, spać normalnie. Jesień to DOBRO.
Najlepsze jedzenie jest żółte. Gruszki. Fasolka jeszcze. Kurki. Jabłka o wdzięcznej nazwie dżems, które poleciła mi cała kolejka ubereconych kobiecin dzierżących owe złocistości w spracowanych rękach, że dobre, takie soczyste, no jak to dżemsik! Jesień to dobro.
No i ta zabawa w lubienie... ja w sumie dużo lubie, to takie nieoryginalne. No co można napisać, jakieś frazesy że kocięta i gotować i papieża? Lubie na przykład jak samochody się rozjeżdżają na boki żeby karetka mogła przejechać. Jak w jakimś samochodowym balecie. Lubię pod światło mrużyć oczy i oglądać różne paprochy i robaczki latające w tę i nazad, albo tęcze i powiększenie własnych włosów odbijające się w okularach. Lubię przypominać sobie różności z czasów szczenięcych, np to że mucha latająca pod sufitem chce coś powiedzieć i 'wylatuje' litery i słowa, albo że człowiek umiera, jak wyczerpie takie pykanie które słyszy w uszach podczas ziewania. Lubie pieczołowicie czyścić patyczkiem do szaszłyków różne zakamarki, np klawiaturę z farfocli, okruchów i innych dziwności. Lubie czytać zwykłe blogi ludzi którzy nie wiedzą że istnieję. Lubie chodzić do lekarzy i oglądać ludzi w poczekalniach. Lubie zakrzywiać stopy do środka ale wiem że mi nie wolno. Lubie patrzeć na ładne kobiety i wyobrażać sobie że mają życie jak z serialu, fajniejsze niż moje. Lubię patrzeć na miłych staruszków. Lubię chichotać w autobusie. Jest dziesięć?
W ramach ufocenia niewyraźna (bo ręce mi drżały ze strachu czy to aby nie zabójczy trujak i czy nie strace małżonka!] kurka na dowód mojego pierwszego w życiu kuchennego obcowania z grzybem, to nic że mycie tych żółtych śliczności zajęło mi 40 minut, bo każdziutką musiałam bez użycia szczoteczki ani innych narzędzi pozbawić czarnych okruchów ziemi. Mój nowy syrop klonowy od tatusia z Kanady. Tak, moi różni tatusiowie żyją w różnych krajach;) Tabbouleh z kuskusem który okazuje się być bardziej makaronem niż kaszą, jak mi dziś powiedziało 'Jak to jest zrobione?'. Aha, i muffinka sernikobrowniesowa z malinami, będąca ideałem, czyli zupełnym przeciwieństwem tego, co dziś stworzyłam na deser: miała być szarlotka sypana, czyli szklanka mąki+kaszy manny mannej+cukru a między sypkie warstwy jablo, a na całość plasterki masła, które to po roztopieniu miały razem z sokiem z owoców zamienić prochy w pyszniutkie ciasto. Zamiast jednak rozpływającej się cudowności powstał przedziwny twór składający się z połowy blachy mącznokaszowocukrzanego bieluśkiego proszku a na tym owszem jabłka i owszem jedna warstwa ciasta. Masło chcąc nie chcąc nie dopłynęło więc do dna. Więc przyznaję się do sromoty i porażki.




Lubię planować naszą wycieczkę do Paryża :> Wakacje dopiero się zaczną!
Pani jesień powoduje zapuszczenie blogowe. Wystawienie paluchów spod koca grozi ich zasinieniem z zimna i nie odbywa się w żadnym innym celu niż ujęcie w dłonie dużej zielonej herbaty. Widać różnicę między wewnątrz i na zewnątrz, tu jest pomarańczowo i no powiedzmy że obiektywnie jednak ciepło, a tam wicher woda i granat. Gumowe kozaki to jedyne buty jakie się należycie sprawują, mimo że lustrowane od góry do dołu przez przeróżne uliczne kobiety, bo jak to, gumowy kozak? Wyciągnęłam już wór z czapkami i szalikami, a termofor przydaje się coraz częściej, już nie otworom usznym, ale wszelkim zimnym częściom ciała w których krew nieżwawa. Pogoda jest wprost zabójcza dla parasoli, jeden z nich złamał kręgosłup w trzeciej minucie spaceru :[ Na dworze czasem dobrze pachnie, tak jak początek roku szkolnego i nowe zeszyty i kredki i tenisówki i liście. Można zrobić wreszcie wielką zapiekankę ziemniakową, albo gorącą zupe, kakao pić na umór, spać normalnie. Jesień to DOBRO.
Najlepsze jedzenie jest żółte. Gruszki. Fasolka jeszcze. Kurki. Jabłka o wdzięcznej nazwie dżems, które poleciła mi cała kolejka ubereconych kobiecin dzierżących owe złocistości w spracowanych rękach, że dobre, takie soczyste, no jak to dżemsik! Jesień to dobro.
No i ta zabawa w lubienie... ja w sumie dużo lubie, to takie nieoryginalne. No co można napisać, jakieś frazesy że kocięta i gotować i papieża? Lubie na przykład jak samochody się rozjeżdżają na boki żeby karetka mogła przejechać. Jak w jakimś samochodowym balecie. Lubię pod światło mrużyć oczy i oglądać różne paprochy i robaczki latające w tę i nazad, albo tęcze i powiększenie własnych włosów odbijające się w okularach. Lubię przypominać sobie różności z czasów szczenięcych, np to że mucha latająca pod sufitem chce coś powiedzieć i 'wylatuje' litery i słowa, albo że człowiek umiera, jak wyczerpie takie pykanie które słyszy w uszach podczas ziewania. Lubie pieczołowicie czyścić patyczkiem do szaszłyków różne zakamarki, np klawiaturę z farfocli, okruchów i innych dziwności. Lubie czytać zwykłe blogi ludzi którzy nie wiedzą że istnieję. Lubie chodzić do lekarzy i oglądać ludzi w poczekalniach. Lubie zakrzywiać stopy do środka ale wiem że mi nie wolno. Lubie patrzeć na ładne kobiety i wyobrażać sobie że mają życie jak z serialu, fajniejsze niż moje. Lubię patrzeć na miłych staruszków. Lubię chichotać w autobusie. Jest dziesięć?
W ramach ufocenia niewyraźna (bo ręce mi drżały ze strachu czy to aby nie zabójczy trujak i czy nie strace małżonka!] kurka na dowód mojego pierwszego w życiu kuchennego obcowania z grzybem, to nic że mycie tych żółtych śliczności zajęło mi 40 minut, bo każdziutką musiałam bez użycia szczoteczki ani innych narzędzi pozbawić czarnych okruchów ziemi. Mój nowy syrop klonowy od tatusia z Kanady. Tak, moi różni tatusiowie żyją w różnych krajach;) Tabbouleh z kuskusem który okazuje się być bardziej makaronem niż kaszą, jak mi dziś powiedziało 'Jak to jest zrobione?'. Aha, i muffinka sernikobrowniesowa z malinami, będąca ideałem, czyli zupełnym przeciwieństwem tego, co dziś stworzyłam na deser: miała być szarlotka sypana, czyli szklanka mąki+kaszy manny mannej+cukru a między sypkie warstwy jablo, a na całość plasterki masła, które to po roztopieniu miały razem z sokiem z owoców zamienić prochy w pyszniutkie ciasto. Zamiast jednak rozpływającej się cudowności powstał przedziwny twór składający się z połowy blachy mącznokaszowocukrzanego bieluśkiego proszku a na tym owszem jabłka i owszem jedna warstwa ciasta. Masło chcąc nie chcąc nie dopłynęło więc do dna. Więc przyznaję się do sromoty i porażki.




Lubię planować naszą wycieczkę do Paryża :> Wakacje dopiero się zaczną!
wtorek, 24 sierpnia 2010
Co można robić gdy na dworze zimno i pada i zimno i pada a wiatr i słota źle robią na chore ucho? Gdy pani dochtór zajrzawszy szatańską maszyną w otwór, powiedziała żeby nagrzewać zakraplać hołubić i szanować?
No nic innego jak tylko pić zieloną herbatę zaparzoną domkiem. Udawać że od herbaty człowiek jest tak samo najedzony i szczęśliwy jak od czekolady i kanapek z masłem orzechowym crunchy. Zapijać pragnienia obżartucha. Oglądać w Internecie różne ładne rzeczy. Owijać w bawełnę zmarznięte stopy bo wicher dmie przez okno i mrozi.

Usmażyć placki z jabłkami, czterema. Każde wielkie jak głowa, głowa - marzenie frenologa, bo z wypustkami i guzami, a do tego brzydkie i kwaśne. Jabłczane dziwy, takie do placków najlepsze, mądrość stara to. W ostatnim jabłku robak, gąsieniczka jak z rysunku pierwszaka maszeruje dziarsko, a ja jestem przekonana że ją przekroiłam w jakimś stopniu co jest jednym z obrzydliwszych robaczych koszmarów. To prawdziwie robaczywe lato, a teraz jeszcze to. Znowu mnie to spotyka, pomyślała gąsienica i z małą pomocą skoczyła z balkonu. Z czterech jabłek sto placków i komu teraz urośnie dupa?;/ Przecież nie Marcelemu.

Oglądać swój nowy pierścionek z różą, kupiony za pieniądze od babci na urodziny. Myśleć o tym, że ta róża ma podobny kolor jak wczorajsza kolacja, a mianowicie doskonalutki stek z sosem i sałatą z winegretem. Jest coś dzikiego w wielkim soczystym kawale mięsa. Myśl godna lwa. Duma rozpiera me nadwątlone uszną dolegliwością ciało ;)

No co jeszcze można...nie wiem, jutrzejszy dzień w moim wakacyjnym terminarzu jest zagryzmolony jak każdy, zajęty bez reszty bez proszę ja Was chwili wytchnienia, no okropnie. Rano wstanę, zjem śniadanie... poczytam... poturlam się tu i tam odsuwając stopą z przejścia buty, papiery, skarpetki i szklanki... ucho porehabilituje mi Carla Bruni...może złoże suche od zawsze pranie. A może nie. Jeszcze zatęsknie za tymi codziennymi niedzielami, prawda? ;)
No nic innego jak tylko pić zieloną herbatę zaparzoną domkiem. Udawać że od herbaty człowiek jest tak samo najedzony i szczęśliwy jak od czekolady i kanapek z masłem orzechowym crunchy. Zapijać pragnienia obżartucha. Oglądać w Internecie różne ładne rzeczy. Owijać w bawełnę zmarznięte stopy bo wicher dmie przez okno i mrozi.

Usmażyć placki z jabłkami, czterema. Każde wielkie jak głowa, głowa - marzenie frenologa, bo z wypustkami i guzami, a do tego brzydkie i kwaśne. Jabłczane dziwy, takie do placków najlepsze, mądrość stara to. W ostatnim jabłku robak, gąsieniczka jak z rysunku pierwszaka maszeruje dziarsko, a ja jestem przekonana że ją przekroiłam w jakimś stopniu co jest jednym z obrzydliwszych robaczych koszmarów. To prawdziwie robaczywe lato, a teraz jeszcze to. Znowu mnie to spotyka, pomyślała gąsienica i z małą pomocą skoczyła z balkonu. Z czterech jabłek sto placków i komu teraz urośnie dupa?;/ Przecież nie Marcelemu.

Oglądać swój nowy pierścionek z różą, kupiony za pieniądze od babci na urodziny. Myśleć o tym, że ta róża ma podobny kolor jak wczorajsza kolacja, a mianowicie doskonalutki stek z sosem i sałatą z winegretem. Jest coś dzikiego w wielkim soczystym kawale mięsa. Myśl godna lwa. Duma rozpiera me nadwątlone uszną dolegliwością ciało ;)

No co jeszcze można...nie wiem, jutrzejszy dzień w moim wakacyjnym terminarzu jest zagryzmolony jak każdy, zajęty bez reszty bez proszę ja Was chwili wytchnienia, no okropnie. Rano wstanę, zjem śniadanie... poczytam... poturlam się tu i tam odsuwając stopą z przejścia buty, papiery, skarpetki i szklanki... ucho porehabilituje mi Carla Bruni...może złoże suche od zawsze pranie. A może nie. Jeszcze zatęsknie za tymi codziennymi niedzielami, prawda? ;)
piątek, 20 sierpnia 2010
Zaczne od tego że boli mnie ucho :[
A ucho to potworny otwór, tabu, gmeranie w okolicach otworów jest rzeczą wielce niemiłą i już mam wizje jakiejś strasznej operacji na ucho. Albo chociaż badania jakimś strasznym rozpychającym wziernikostworem dousznym. Powinny być tabletki na wszystko, leczące me szajby wady i bóle, ileż cierpień psychicznych byłoby mi oszczędzone!

A teraz miłe rzeczy. Na przykład koncert Beirutu ♥
Uroczystość ta odbyła się w ten wtorek. Po raz czterdziesty czwarty tego lata wsiadłam w busa i przywlokłam się do Warszawy przyssana do szwedzkiej literatury kryminalnej. O 19 razem z całymi hordami bananowej młodzieży znaleźliśmy się z Marcelim wewnątrz Stodoły. Potem nasze plecy przez półtorej godziny bolały bo trzeba bylo stać i trzymać kawałek podłogi i wpatrywać się z zawiścią w iphony, itouche, irajbany, gładkie włosy i głosy, słuchać opowieści o wakacjach i życiu. A potem wszedł radosny support, chyba najfajniejszy jaki słyszałam, acz o nazwie dość idiotycznej - paula i karol. A potem pierwsze dzwięki Nantes i wtedy jak boga kocham byłam przekonana że zaraz się rozpłacze, nadmiar bodzców uderzył widocznie me zmysły, ładni chłopcy i wielość trąb nie mogą pozostać obojętne dla żadnej dziewczyny. Było przepięknie i nawet miałam jakieś skurcze policzków od uśmiechu i ramion od szaleńczego klaskania, z radości, znaczy tak w sumie było przepięknie i dziwnie pod względem psychofizycznym. Jakbym zobaczyła Bozię.
Potem wyszliśmy z Marcelim w jasną warszawską noc i biegaliśmy sobie w podskokach ulicą złotą i innymi, śpiewając beirutowe melodie i trzymając się za ręce patrzyliśmy ludziom w okna i talerze marząc o naszej świetlanej przyszłości. Wieczór zakończyła moja minidepresja, gdyż próbowałam zjechać schodami jadącymi tylko w górę, co sie okazało gdy moja stopa je włączyła. Poczułam sie jak uboga krewna z Wolbromia która oprócz skajowej torebki nosi reklamówki spp społem z wielkookimi kociętami baraszkującymi na łace pełnej kwiecia ;[



Tym smutnym akcentem zakończy się notka. I fotami tarty czekoladowej mrrr. I pajączka który uplótł sobie sieć między głośnikiem i lampą, nieświadomy toczącego się wokół nieco zamętu. Niestety nie uchroniła mnie ona przed atakiem złowieszczych żuków i innych robali ktore wpełzały do domu przez okna i o trzeciej w nocy wplątywały mi się we włosy ;( TRAUMA MILION. Ide ogrzewać otwór uszny termoforem a duszę herbatą zieloną.
A ucho to potworny otwór, tabu, gmeranie w okolicach otworów jest rzeczą wielce niemiłą i już mam wizje jakiejś strasznej operacji na ucho. Albo chociaż badania jakimś strasznym rozpychającym wziernikostworem dousznym. Powinny być tabletki na wszystko, leczące me szajby wady i bóle, ileż cierpień psychicznych byłoby mi oszczędzone!

A teraz miłe rzeczy. Na przykład koncert Beirutu ♥
Uroczystość ta odbyła się w ten wtorek. Po raz czterdziesty czwarty tego lata wsiadłam w busa i przywlokłam się do Warszawy przyssana do szwedzkiej literatury kryminalnej. O 19 razem z całymi hordami bananowej młodzieży znaleźliśmy się z Marcelim wewnątrz Stodoły. Potem nasze plecy przez półtorej godziny bolały bo trzeba bylo stać i trzymać kawałek podłogi i wpatrywać się z zawiścią w iphony, itouche, irajbany, gładkie włosy i głosy, słuchać opowieści o wakacjach i życiu. A potem wszedł radosny support, chyba najfajniejszy jaki słyszałam, acz o nazwie dość idiotycznej - paula i karol. A potem pierwsze dzwięki Nantes i wtedy jak boga kocham byłam przekonana że zaraz się rozpłacze, nadmiar bodzców uderzył widocznie me zmysły, ładni chłopcy i wielość trąb nie mogą pozostać obojętne dla żadnej dziewczyny. Było przepięknie i nawet miałam jakieś skurcze policzków od uśmiechu i ramion od szaleńczego klaskania, z radości, znaczy tak w sumie było przepięknie i dziwnie pod względem psychofizycznym. Jakbym zobaczyła Bozię.
Potem wyszliśmy z Marcelim w jasną warszawską noc i biegaliśmy sobie w podskokach ulicą złotą i innymi, śpiewając beirutowe melodie i trzymając się za ręce patrzyliśmy ludziom w okna i talerze marząc o naszej świetlanej przyszłości. Wieczór zakończyła moja minidepresja, gdyż próbowałam zjechać schodami jadącymi tylko w górę, co sie okazało gdy moja stopa je włączyła. Poczułam sie jak uboga krewna z Wolbromia która oprócz skajowej torebki nosi reklamówki spp społem z wielkookimi kociętami baraszkującymi na łace pełnej kwiecia ;[



Tym smutnym akcentem zakończy się notka. I fotami tarty czekoladowej mrrr. I pajączka który uplótł sobie sieć między głośnikiem i lampą, nieświadomy toczącego się wokół nieco zamętu. Niestety nie uchroniła mnie ona przed atakiem złowieszczych żuków i innych robali ktore wpełzały do domu przez okna i o trzeciej w nocy wplątywały mi się we włosy ;( TRAUMA MILION. Ide ogrzewać otwór uszny termoforem a duszę herbatą zieloną.
piątek, 13 sierpnia 2010
Trzynastego wszystko zdarzyć się może...także noteczka, prosze bardzo. Pod wpływem rozpływu. Odkomentarzowego. To takie urocze że ktokolwiek to czyta i jeszcze mu od tego dobrze. Chciałabym ja mieć zdolność do klikania w 'skomentuj' na każdym blogu który odwiedzam. Mówić komuś że jest ładny, że robi dobre zdjęcia, że jest mądry albo co. Chciałabym o panie, lecz umiejętność ta strasznie jakoś nieprzyswajalna. Jak boga kocham, odwiedzam wszystkie jakie można sobie wyobrazić. Gdyż jestem nudnym człowiekiem który całe dnie spędza przed komputerem;) To takie pocieszenie dla wszystkich zazdroszczących włajaż włajaż naszej uli celebrytce, czy też rzeszy rączych małolat w conversach i rajbanach, przed ktorymi życie całe. Czy też zazdroszczących komukolwiek jakiegokolwiek być czy też mieć :> Ależ sie napociłam, ależ zwoje wytężyłam w ten gorący wieczór. Przechodzę płynnie do narzekania.
Otóż. Nie ćwiczyłam zabaw z moim serduszkowym filtrem bo do tego mi trza tła i osób, a ile mozna robić zdjęcia własnemu małżonkowi. Pojedziem do Paris to i może co sie wycpyka. Marceli sie uczy obsługi. Biorąc pod uwagę że od półtora roku nie nauczył się myć łopatki do patelni, wróżę dużo bluzgów.
Nie mogę chodzić w moich super hiper koniakowo - karmelowo - miodowo - wielbłądzich sandałach bo ani nie mam okazji, ani nie mam zdrowia na obcasy :[ Jak już wspomniałam, moja trzeszczka, czyli ta biała owalna, tutaj jeszcze cała, rzecz w stopie, jest, niewiedzieć czemu, strzaskana. Dostałam zmarszczone czoło pani dochtór i skierowania do wielu innych ludzi do których nie można się dodzwonić. Odkąd trzeszczka wie, że jest rozkawałkowana, jakoś częściej i bardziej boli. Mam nadzieję że zamilknie na czas koncertu beirutowwego i na czas paryża takowoż :[
Po uiszczeniu opłaty dwa pięćdziesiąt odwiedzili my ogród botaniczny. Bezowe panny młode i panowie wielbiciele pistacjowych koszul z krótkim rękawem wchodzili do łódki, obejmowali drzewo, całowali się na mostkach. Kwiatki rosły jak gdyby nigdy nic.


Upiekłam sto tysięcy ciastek owsianych z czekoladą i żurawiną. Przepis tu. Większość z nich zjadł Marcel, uniemożliwiając mi zrobienie tony zdjęć na tle ładnej serwetki w paski z porządnym blurem i ostrością na wielką połyskującą żurawinę, jak przystało na porządne food porn. Życie.

By temat jedzenia pociągnąć, pragnę zarekomendować lubelszczyźnie niejaką Hiszpańską Tancerkę. Spełniłam tam swoje marzenie o crema catalana. Plus paella. Plus sangria. Dawno nie czułam się tak radośnie upojona...

Odwiedzili my też tak zwany jarmark jagielloński, ale nieciekawość zbyt drogich i nieprzydatnych rzeczy pokroju wielkiego słomianego kuca, zagnała nas od razu do litewskiego namiociku z plackami ziemniaczanymi ze śmietaną i kwasem chlebowym. Poczęłam rozmyślać o moim przyszłym a niedoszłym litewskim semestrze. Lubie placki.

(myśli o plackach)

Człowieczek Nos :*

Jako że przeczytałam już ze trzy razy w te i nazad calusi internet, oglądamy różne rzeczy sobie w naszym kokonie z kołdry. Pacyfik i patrzące smutne chłopce. Zodiak i śliczniusi Robert Dałni Dżunior. Galerianki. Pamiętnik księżniczki 2, królewskie zaręczyny:D (Marcelek nie chciał;/) Dekalog. Dom zły. Ogólnie brzydota śmierć i smutny Barciś którego chcę przytulić, bo jest takim archetypem poczciwego taty. Samo słowo 'tata' mnie rozkłada. No nieważne.
Dłużyzna troche jak na taki nudny tydzień. Nadużycie słów panie tego. Chciałabym poczuć co to znaczy weekend, a nie taka niedziela codziennie.
Otóż. Nie ćwiczyłam zabaw z moim serduszkowym filtrem bo do tego mi trza tła i osób, a ile mozna robić zdjęcia własnemu małżonkowi. Pojedziem do Paris to i może co sie wycpyka. Marceli sie uczy obsługi. Biorąc pod uwagę że od półtora roku nie nauczył się myć łopatki do patelni, wróżę dużo bluzgów.
Nie mogę chodzić w moich super hiper koniakowo - karmelowo - miodowo - wielbłądzich sandałach bo ani nie mam okazji, ani nie mam zdrowia na obcasy :[ Jak już wspomniałam, moja trzeszczka, czyli ta biała owalna, tutaj jeszcze cała, rzecz w stopie, jest, niewiedzieć czemu, strzaskana. Dostałam zmarszczone czoło pani dochtór i skierowania do wielu innych ludzi do których nie można się dodzwonić. Odkąd trzeszczka wie, że jest rozkawałkowana, jakoś częściej i bardziej boli. Mam nadzieję że zamilknie na czas koncertu beirutowwego i na czas paryża takowoż :[
Po uiszczeniu opłaty dwa pięćdziesiąt odwiedzili my ogród botaniczny. Bezowe panny młode i panowie wielbiciele pistacjowych koszul z krótkim rękawem wchodzili do łódki, obejmowali drzewo, całowali się na mostkach. Kwiatki rosły jak gdyby nigdy nic.


Upiekłam sto tysięcy ciastek owsianych z czekoladą i żurawiną. Przepis tu. Większość z nich zjadł Marcel, uniemożliwiając mi zrobienie tony zdjęć na tle ładnej serwetki w paski z porządnym blurem i ostrością na wielką połyskującą żurawinę, jak przystało na porządne food porn. Życie.

By temat jedzenia pociągnąć, pragnę zarekomendować lubelszczyźnie niejaką Hiszpańską Tancerkę. Spełniłam tam swoje marzenie o crema catalana. Plus paella. Plus sangria. Dawno nie czułam się tak radośnie upojona...

Odwiedzili my też tak zwany jarmark jagielloński, ale nieciekawość zbyt drogich i nieprzydatnych rzeczy pokroju wielkiego słomianego kuca, zagnała nas od razu do litewskiego namiociku z plackami ziemniaczanymi ze śmietaną i kwasem chlebowym. Poczęłam rozmyślać o moim przyszłym a niedoszłym litewskim semestrze. Lubie placki.

(myśli o plackach)

Człowieczek Nos :*

Jako że przeczytałam już ze trzy razy w te i nazad calusi internet, oglądamy różne rzeczy sobie w naszym kokonie z kołdry. Pacyfik i patrzące smutne chłopce. Zodiak i śliczniusi Robert Dałni Dżunior. Galerianki. Pamiętnik księżniczki 2, królewskie zaręczyny:D (Marcelek nie chciał;/) Dekalog. Dom zły. Ogólnie brzydota śmierć i smutny Barciś którego chcę przytulić, bo jest takim archetypem poczciwego taty. Samo słowo 'tata' mnie rozkłada. No nieważne.
Dłużyzna troche jak na taki nudny tydzień. Nadużycie słów panie tego. Chciałabym poczuć co to znaczy weekend, a nie taka niedziela codziennie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

