piątek, 3 lutego 2012

Och wrócily piekne czasy. Znow czyta mnie dziesiec osob, za to najfajniejszych pewnie!
No to ja, na złość, siekne dziś kolejną noteczkę dla Was.
O tym że los złośliwie rzuca mi pod nogi takich ludzi, no takich ludzi że nic tylko do prozy z nimi, najwprzódy przełknąwszy obrzydzenie bądź chichot. Nic tylko Księge Ludzi napisać.

Dziś była to na przykład Pani o Tłustych Włosach która opętańczo obgryzała paznokcie. Chrup chrup, jestem Mazi, jem zegarki. Zagarniała ręką całe swoje paznokciowe królestwo, co za oszczędność bytów, posiłek łyżka i talerz w jednym. Po wielu obserwacjach autobusowych i ludziowych ogólnie wiem już jak wygląda patologiczne napięcie mięśni i wyglądanie za okno, malutka nerwiczka natręctwek, bezwstydne lustrowanie góra dół sąsiadów. Wariatów. No więc tak gwałtownie najpierw mnie uderzyła oczami, potem chwila zaabsorbowania keratyną i za okno, za siebie, tak daleko że niemal dookoła sie głowa obraca, hm, coś ciekawego, może jakiś wariat, albo znajomy, albo znajomy wariat, o, PALEC. Chrup chrup łapczywie, jeszcze kawałeczek. Jeszcze tylko ten kawałeczek i już wszystkie moje problemy znikną. Z kciuka sobie zostawię na niedzielę. Mój brat tak robił z batonami, zjadał kęs, zawijał w papierek i było na później. Ja zjadam najpierw wodę zupową a potem warzywa, najlepsze, mniam.. Chrup chrup. A Pani o Tłustych Włosach wstanie w niedziele i po śniadaniu obgryzie sobie do krwi kciuk.
No więc tak jechałam i lodowaciałam z ohydy za każdym razem jak rejestrowałam że Pani o Tłustych Włosach pcha ręke do ust. Nie to że mnie ludzie brzydzą (chociaż tak), brzydzi mnie dzwięk dłubania przy paznokciach, już o tym wspominałam. Tak jak szurania nimi po tablicy. Albo zaczepiania się ich świeżo obciętych o nitki ze swetra. FU i BRR.
Ciekawe czy ktoś mnie oparska że jestem okropna. Że on obgryza i sie nie poczuwa do bycia obrzydliwym. To tylko obserwacja pod mikroskopem i subiektywny rysuneczek.
Pozostając przy temacie jedzenia...

Owsianka z jabłkiem podsmażonym z cynamonem, kardamonem, imbirem i chyba nawet masłem...

Cudowny i prześliczny omlet z łososiem, pomidorem i mozarella...

Drożdżowe ciasto z tego przepisu...

I genialny omlet z dzemem jablkowo-dyniowym z tego przepisu, ale wszystkie przepisy nań podobne. Odkryłam prosty sekret puszystych omletów - sekret dla głupców - mała patelnia...


I jeszcze mam jedną refleksje. Zosia z zespołu Kasia i Zosia jest w ciąży. Byłoby mi to zupełnie obojętne gdyby nie zdanie które zamieściła u siebie na blogu: 'będę szczęśliwą mamą'.
To jakieś groźne, tak jakby echo odwrotności gdzieś tam hukało. Ja bym sie bała wypowiedzieć takie słowa. A jak sie niedotleni? A jak będzie deprecha? A jak będzie miało kolki i się darło osiem dób z rzędu? A jak będzie jak Kevin z "musimy porozmawiać o Kevinie"? I nie to że należy histeryzować, ale tak zbyt pewnym że wszystko będzie dobrze...? No więc skąd?
Skąd Zosia to wie?

wtorek, 31 stycznia 2012

Cześć dzieci i dorośli. Jedna dwunasta roku dwatysiącedwanaście za nami. No to się zlitowałam.
Moje życie jest teraz mniej więcej tak ciekawe jak trwanie w pustce bez nowych noteczek, czyichkolwiek. Och bo moje życie jest  teraz trwaniem w pustce, no zapomniałam!
Też tak chcecie? Oto prościutki przepis:
Należy wstać o której się chce. Ale nie za wcześnie, bo wtedy nie ma co robić cały dzień, ani nie za późno, bo wtedy gniecie jeszcze więcej wyrzutów sumienia. Obudzić się uduszona katarem i leżeć z rozżalonym wzrokiem wbitym w sufit. Co ja będę dziś robić. Nierób pieprzony.
Potem trzeba długo jeść śniadanie czytając internety albo pacząc w te we. Couch potato pierwszej klasy.
Potem może trochę samoudręk. Jezu już prawie luty a tu niewiele napisane. Jezu, czemu ja nie mam pracy? Wszyscy mają a ja nie!? Wydawać pieniądz to potrafie, a zarobić nie ma komu! Tak, szukałam. Nie, nikt nie oddzwonił. Może jak wydaje z Lublina...Nie! Przecież nikt mnie nie zatrudni. Nic nie potrafie. Pewnie nadal będę bezrobotna, całe życie, w kawiarni pracować jak bóg da, w kinie,  na szczotce. Zero odpowiedzialności wymarzone, zero bucików łososia nowych jorków paryży dumy. To zatrzęsienie geniuszy, dzieci na amerykańskich wymianach, au pair, zagranicznych studentów, absolwentów sgh z grubymi portfelami już w sekunde po odbiorze dyplomu, już minute przed odbiorem dyplomu. O, nowa notka u niotillfem! Zero sobie popatrzy, wytworzy marzenia na które szans nie ma, bo jest zerem.
Należy też dużo jeść, co chwilę, wafelka ryżowego, jabłko, serek wiejski, znowu wafeleczka, czekolady pasek. Jeden długi posiłek. Tłusta świnka.
Może do biblioteki skoczyć albo na francuski. Francuski to jasny punkt. Pani chwali ale za mało wymaga, więc jestem francuską kaleką. Nieuk.
Potem być już tak bardzo zmęczoną że należy w pościeli przeleżeć pięć godzin. Dwie fazy obiadu, bezustanne kichanie i smarkanie, herbaty zielone, radio program trzeci, internety, ubranka sranka. Pustostan międzypółkulowy.
Do końcalutego moje trzynaście stron pracy zamieni się w mam nadzieję koło 25 i wtedy będzie już jaśniej. O boże niech już będzie jaśniej bo oszaleje. A nie minus czterdzieści.

Dla tych którzy gardzą narzekaniem i zdrobnieniami, foty z analogów.
Te są z odnalezionej na PAWLACZU (czad:D) Smeny, świąteczne:

Nieco mściwe spojrzenie tatusia profesora i bohater drugiego planu. Creepy :D


Radość dziecka z banknotu.


Kuchnia babuni i mroczny bracki. 

Zafrasowana mamula. Jak widać cała moja rodzina ma gdzieś jakiś problem wypisany na twarzy! ;)





A te z Praktici(y?), starego aparatu mojego taty. Robione były przez cztery lata i wyszło ich z 7 nieczarnych jak smoła ;) Nic szczególnego, spontaniczne pstryki. Ale już znam moje błędy i powoli trzaskam kolejną rolkę. Fajna droga zabawa!

Zmrożony widok z okna sprzed 4 lat. Teraz jest tu boisko Orlik i dzieci wrzeszczą całą dobę a potworne reflektory świecą mi w pokoje.

Moje okno sprzed 2 lat. Teraz wszystko tak samo, tylko więcej kurzu, a trupek wrzosu już dawno się rozłożył. 


Happy place.



Nosaty tłustawy i o boże, wąsaty :D Marcelek kochanie. Będzie mu smutno że to wstawiłam bo myśli że jest bardzo brzydki. Ja też tak myślę o sobie, więc jesteśmy dobraną parą!



Nie jest tak, że jest źle. W końcu słońce świeci. Studia kończę. Zdrowa jestem (się okaże w czwartek). Mam do kogo paszczę otworzyć. Ale ulżyć gdzieś trzeba.
Kto chce radośniejszych wieści niech paczy sobie na twittera (bzubzu) lub instagram (także bzubzu, tylko dla ajfo i ajpo chyba?). Tam brykam. Tu jęczę. Całuski.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Jetem w rozowej bance. Rozowa banka jest we mnie. Zawieramy sie w sobie.
Prawie dwa miesiace temu zdarzyl sie maly cud. Jak to sie zwykle dzieje, wspolpraca z  jedna z najfajniejszych osób pod słońcem zaowocowała czymś ekscytującym. i teraz nosze w sercu sekrecik. Pod sercem tez. Dwa miesiace temu odczekac musialam troche ponad 9 miesiecy. Teraz jest ich tylko siedem. No bardziej osiem. 
Maly slodki sekreciku, nikomu o Tobie nie powiem poki nie nadejdzie wlasciwy czas, mowilam sobie.. Zeby nikt Twojej fantastycznosci nie zniszczyl. Zeby nie pytali: po co Ci to!? Ale juz teraz? To droga sprawa...
Oni nic nie wiedza. Nikt kto pyta "po co", nie zrozumie tego, kogo pyta. Nie ten sort. 
Jeszcze siedem miesiecy i wszystko bedzie inaczej. Pojawi sie nagle mnostwo malych przedmiotow. Zmieni sie jadlospis, na taki zdrowiutki, mmm.
Najpierw nie bede sie wysypiac. Bedzie mnie wszystko bolec ze zmeczenia. Ale nie bede zalowac - juz to czuje w każdej kosteczce.
Przekrocze do tej pory dla mnie niewyobrazalne, chociaż brzmi to nad wyraz tandetnie. Nawet nie wysnione, potraktowane jako zbyt niesamowite i bezczelne. Jedno, troche jednak wysnione, przekroczylam pol roku temu. Wiec sie da.

Bo gdy zobaczy sie swiatla miasta, cos w srodku wibruje i wykreca sie z radosci. Ciekawe co by to było gdybym pozwoliła temu czemuś wyskoczyć. Jakiś pewnie brokatowe jednoroże! Ale nie wyskoczy, będzie patrzeć spłoszone z setnego czy któregoś tam pietra, nocą. Między słowami. Jak Scarlett.
Gdy pod sercem - w pojemnym mym zoladku, nazwijmy go przezuwacz - zagosci sushi i ramen, bede miala gesia skorke i słowotok  i nikt mi później nie uwierzy że to było takie dobre. Nigdy nie wierzą.
Juz za siedem miesiecy.
Za siedem (no prawie osiem) miesiecy lece z Ula do Tokio.
 





 A zdjęcia niech zastąpią najeżone emocjonalnymi banałami opisy swiąteczno-sylwestrowe. No przecież wiadomo że było cudownie.
Gdyby ktoś chciał skomentować a nie wiedział jak, to może odpowiedzieć na moje bardzo proste pytanie: gdzie kupuje się ciepłe wełniane płaszcze? Bo wszędzie tylko śliski poliester, albo coś tak super stajlisz kwadratowe że aż wpuszcza powietrze lodowate od tyłka przez nerki po szyje :(

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Dziś mikołajkowa  noc, jutro mikołajkowy dzień.
Kilkanaście lat temu o tej porze leżałam w łóżku i serce mi waliło z podniecenia. Zawsze byłam następnego dnia niewyspana, no bo jak ktoś zdrowy na umyśle może normalnie zasnąć wiedząc że PRZYJDZIE MIKOŁAJ OJEZU!!!!

Kilkanaście lat temu przychodził prawdziwy Mikołaj. Co pietnascie minut wychodziłam z łóżka, odchylałam roletę, za którą było zimne powietrze od zimnej szyby buchające i patrzyłam w niebo, licząc na łuczek z renków, nie wiem jakim cudem na to licząc. Boże jak wspaniale było nie wiedzieć że to wszystko kłamstwo. Potem znów się kładłam, zaciskałam oczy i błagałam żeby już było jutro, hej, wystarczy zasnąć, obudzić się i będzie jutro i MIKOŁAJKI O JEZUBORZE!!
Mam wrażenie że wtedy bywał śnieg tego dnia. Szło się do szkoły i nie było błotnie tylko, no nie wiem, może człek ślepy był, ale jakoś tak ładnie i (cliche) magicznie.
Któregoś razu dostałam flamastry comte, zginały się i chyba nawet trochę pachniały, albo były zmywalne, jakaś taka wielka i nigdy nie użyta atrakcyjna cecha ich dotyczyła. Zabrałam je do szkoły. Ktoś inny wtedy dostał szczoteczkę elektryczną i nie mogłam uwierzyć że mikołaj bywa taki tępy. Serio, szczoteczka?

Zawsze budziłam się absurdalnie wcześnie, mój brat posapywał na dolnym piętrze rodzeństwowego łóżka a ja nie mogłam się ruszyć z przejęcia i szukałam wzrokiem paczuszki. Albo często reklamówki, w końcu to były lata 90. Już chyba na zawsze wdrukował mi się w mózg obraz ciemnego pokoju, jasnego paska szyby w łazience, szum wody, bo mama się kąpie (co z tymi mamami jest, że wstają o 5 i cały dzień są przytomne!) a na tle tej szyby siateczka... wielka książka o bambim, mała srebrna rózga (dla łotra mnie) i inne cuda, słodyczowe.

Raz dostałam list, na papierze sniadaniowym, co przyznam było dość pomysłowe. Że mam być grzeczna chyba, brata nie tłuc, tylko kochać, rodziców nie męczyć i nie stroić fochów. To tak z pamięci te moje dziecięce przywary, pewnie było tam coś miłego, mikołaj w końcu do chamów nie należy. No cóż. Zresztą kto by tam patrzył na list jeśli dostało się lalę!

Rok w rok paczki ze słodyczami "z pracy taty". Ojej spotkałem po drodze mikołaja! Maskotka której nigdy nie dotkne po tym jak wyciągne ją z reklamówki z nadrukiem mikołaja. Słodycze zjadane systematycznie co niedziela aż do wiosny (mamusia dbała o uzębienie).
Najgorzej było jak mikołajki wypadały w dzień szkolny. To skandal nie mieć czasu na rozpakowanie i obejrzenie każdego słodyczka i zabawki. Skandal.
A najsłodziej gdy w weekend. Zobacz mamo, zobacz co dostałam!! Skąd on to wiedział skubany! A mama tak naturalnie udawała zdziwienie, do dziś to potrafi! Być mamą to sztuka.

Mój najlepszy mikołajkowy prezent to książka kucharska dla dzieci. Była sobota i dużo sniegu na dworze. I taki okres dziecięcości, że w weekendy wstaje sie koszmarnie rano, gdy mamusie i tatusie odsypiają znój. Poszerzałam paluszkiem dziurę w czerwonym papierze. Pachnąca książka. Do tej pory z niej gotuje.
A potem człowiek dorósł troche i modlił się, żeby na mikołaja nie wpaść jak będzie szedł nocą siku. Serce nadal waliło. Dziś  też by waliło, gdybym była w domu.
A jestem w pustym mieszkaniu, otoczona zimnymi kawami i herbatami i okruchami, kserówkami i książkami i notatkami, z ledwie uskrobanymi już siedmioma stronami magisterki. Jutro nie znajdę nic pod poduszką i ta myśl dotyka moją dziecięcą partycję. Troche wyciska nawet łzy z oczu, za utraconym czasem i takie tam. Ale no nie wiem, myślę że może coś zyskałam, dorastając (żenujące cliche nr dwa). Mikołaj nie istnieje, ale mama i tak kupi mi prezent i zapakuje i z pewną nieśmiałością wręczy. Jutro dzieci będą miały jasne twarze a ja będe zgadywać co dostały. Pewnie coś strasznego, hanamontana albo krwawo siekające wrogów roboty. No nie wiem, próbuję sobie przypomnieć co zyskałam dorastając, ale ten okres płaczu za dzieciństwem, już za mną i pewnie jakieś tam powody są. Acz magisterka i ciemna noc i nadchodząca poważna dorosłość i to że strasznie, ale to strasznie chce mi się siku, nie pomagają.



Tak naprawdę wcale mi nie jest smutno, jakoś tak wyszło kłamliwie. Ulżę pęcherzowi, wezmę gorącą przedsenną kąpiel z naoliwianiem się włącznie, poczytam nowiutką pachnącą książkę witkowskiego i będę mogła wstać jutro o 10, a nie jak za czasów szkolnych o 7. Kupie prezent dla mamy. Poslucham wywodów wymienionej w poprzedniej notce kretynki, olala. Porozmawiam ze swoim słodkim chłopakiem przez telefon. Ubiorę ładną sukienkę i zjem dobre śniadanie. Pani od francuskiego pochwali moją wymowę i moją ładną sukienkę. W środę pokaz future shorts, czyli krótkich metraży. W czwartek kawa z miłą osobą. No dzieci tego nie mogą!

Mam nadzieję że do Was mikołaj przyjdzie i obejdzie się bez takiego kwękania;)

sobota, 19 listopada 2011

Siedzę w łóżku, otoczona tym gniazdkiem pościeli o którym sie marzy całe zimowe dnie i sie denerwuje. Wyłamuje palce i wzdycham. Oh jezu no niech już będzie osiemnasta. Oh boże no. 
Bo o osiemnastej w sali projekcyjnej Telewizji Polskiej Lubelskiej mam za zadanie być lektorem. Prawdziwym lektorem, jak krystyna czubówna czy tomasz knapik czy ten koszmarny pajac z "Ugotowanych". Zgłosiłam się w przypływie odwagi, zaprosili, przesłuchali i wręczyli film. Po włosku. Bardzo zboczony, taki że wszyscy latają z cycami na wierzchu, uprawiają seks z kakturami, z murzynami i z grzybami. Na szczęście tekstu w tym niewiele, więc może sobie poradze jakoś godnie. Projekcja odbywa się w ramach festiwalu filmowego Pełny Metraż, organizowanego przez Kinoteatr Projekt, który to Projekt organizuje też uwielbiane przeze mnie pokazy krótkich form Futureshorts, w Waszym mieście napewno też, więc polecam. Idźcie i cieszcie się. No więc siedzę w pościeli i wzdycham.

Pewnie jesteście ciekawi co mnie ostatnio napawa obrzydzeniem. Otóż jest to komunikacja miejska, niezbyt oryginalnie. Niezawodnie odrażająca komunikacja miejska.
Najgorszy sort w święta. Dziad z rudo-siwmi lokami (spływającymi na plecy, acz dla równowagi czoło bardzo wysokie, długie wręcz) wyciera się z potu i dłubie w paznokciu. Takim brudnym i żółtawym. Paznokcie ludzkie mnie brzydzą w zasadzie. Takie wyrastające poza palec, niepomalowane i pomalowane też, bo widzę je momentami od spodu i tam kryje się ta mroczna nieświeża żółtawość i przybrudzenie. Mam na uczelni taką jedną osóbkę do podglądania, która takimi paznokciami, odrapanymi i w paskudnych kolorach typu fiolet biskupi, macha jak szalona, wykonując swoje kokieteryjne geściki. Hipnotyzująca obrzydliwość. Turpizm. 
Wróćmy do autobusu. Wielka kobieta, kobieta z cyrku w sfilcowanym plaszczu, który ma dokladnie taki kolor jaki miewają śmierdzące człowiekiem płaszcze. Nałożone na tego czlowieka o kilka razy za dużo. Kobieta popatruje, pogadałaby pewnie. Może o tym że zadek jej na krzesło nie wchodzi. A może o tym że marzy o wtranżoleniu słoika smalcu. Nie chcę poznać jej wartościowych przemyśleń. Już się tego nie wstydzę. Niech tylko przestanie śmierdzieć.
Dalej. Disco polo mimo ze w sluchawkach to ryczące na caly glos. Tacy zwyczajniutcy ludzie jak ja, czy jakiś miły pan dziadzio, popatrują na dziewke z tymże disco polem, zdziwieni. Tego się da słuchać tak głośno? I co wtedy sobie czlowiek myśli? Wspomina piekne chwile spędzone przy disco polo? Czy zagłusza pustkę i ciszę panującą w mózgu? Podobno każdy człowiek, zwłaszcza młody, ma tak, że wypełnia pustkę i ciszę hałasem i ruchem. Pani mi tak na zajęciach powiedziała. Niby oczywiste. 
No to chowam sie w bezpiecznym kolyszacym fleet foxes ktorych rozpoznam zawsze i wszedzie a ktorych nową plyte uslyszałam pierwszy raz w sklepie urban outfitters w nowym jorku. No i od tej pory to jest kolejna muzyka przy której załzawione oczy wlepiam w niebo. Czekamy na odjazd busa. Nie da się patrzeć nigdzie indziej, tylko w niebo.
Bo lubelski dworzec jest koszmarny. Kazdy bus starszy i bardziej zardzewiały od poprzedniego, biegają cygańskie dzieci, kaleki przechodza przez ulice o lasce i maja w dupie to, że ulica ruchliwa. Ostatnio widzę takich kalek całe szeregi. Nigdy nie trzymam za nich kciuków. Niektorzy są widocznie urodzeni, by być kalekami. Wloke księgi do mgr i czuje sie jak Herrmiona (szkoda że nie wyglądam), 1500 stron pod pachą i wielkie tomiszcze przeglądane w ciaśniutkim busie o aromacie identycznym z naturalnym aromatem cuchnącej pachy. Zawsze w takim busie znajdzie się ktoś, komu wystaje strzęp waty z ucha. Chryste. Słońce nie daje czytac, świeci przed drzewa jak opętane a moja źrenica zaraz sie zrzyga.
No ale nie jest przecież znowu tak paskudnie. Są takie milutkie momenty. 
Lubię na przykład przejeżdżać koło klubu fitness i patrzeć jak ludzie skaczą. Jak jakaś telewizja trzy de, program z lat 90, albo spocony teatr, wyborny.
Lubię odważnych rowerzystów ktorzy jeżdżą ulicami, na rowerkach o oponach tak cienkich że to wręcz niemożliwe żeby dało się utrzymać równowagę, to tak jak niemożliwym jest żeby samolot wielki ciężki latal. Nie wierze w tą czarną magię jakiegoś wiatru, sił i fizyki. 
No wierzę przecież, tylko w nią.

Prawnicy mojego uniwersytetu napisali mi bezczelne pismo, w którym uznali, że skoro w sali z grzybem i gwoździami odbywają się zajęcia, to widocznie znaczy, że grzyba i gwożdzi nie ma, bo inaczej nie odbywałyby się. Żelazna logika. Tak więc nie oddzadzą mi za spodnie, bo, cytuje: "z przedstawionych informacji nie wynika, jakoby takie zdarzenie w ogole miało miejsce." Nie daruje Wam, siusiaki jedne. Nie daruję. Chociaż tą jedną winę odkupicie, a potem spłońcie, razem z tym pieprzonym zacofanym uniwersytetem. Koniec.
Na uspokojenie trochę jedzonka, o które prosicie w komentarzach, czasami. Nie za specjalne, bo po pierwsze jak wiadomo nigdy nie jest teraz jasno, a po drugie, zimową porą jem brzydkie rzeczy. Zupy, mazie itd.
Owsianka z książki Sophie Dahl. Suszone morele gotowane w soku pomarańczowym z cynamonem, owsianka ze szklanki płatków i szklanki mleka, jogurt. Polecam!
Naleśnioki, nieudane. Celem były szwedzkie plattar. Widocznie kiepski przepis. Wszystko co posypane cukrem pudrem da się zjeść. Więc zjadłam.
Nic ciekawego ale jakie cudnie pyszne - tagliatelle z sosem pomidorowym (plus puree paprykowe) z mielonym mięsem, a na wierzchu zamiast parmezanu litewski ser dziugas. Uwielbiam sposób w jaki twarde sery opadają na makaron, jak jakieś futerko <3
No i wczorajsze śniadanie. Stare dobre pancakes. Jednak nastał w mym życiu taki czas, że produkty mączne nieodłącznie kojarzą się z wyrzutami sumienia, dlatego prędko tego śniadania nie powtórzę ;)

Teraz pozwolę sobie przynieść do łóżka miske parującej zupy marchewkowej z cynamonem, imbirem, kuminem.... cymes prawie! Przepis chętnie podam, jeżeli  ktoś zapragnie. 
Miłego weekendu, nie ważcie się wychodzić spod kocyków!

wtorek, 25 października 2011

Ktoś tu się awanturujem jacyś komentujący, że trup! No to dobra, myśle sobie. Jak tak, to na złość napisze.
A więc co u mnie!
Przede wszystkim to, że dziś jest super fantastyczny dzień! Nic to że cały czas podwijała mi się spódniczka i majty wyzierały, nic to że pan prawnik nie przyszedł na zajęcia z prawa pracy żeby ponarzekać że sala śmierdzi (zgadzam się) i powiedzieć z nieco homoseksualna manierą w paluszku: a feeeeee, fujcia, jak tu paskudnieeee! Serio. Nie przyszedł, łobuziak. Nie ponarzekał. Nic to, że zjadłam potworny grzech, zjadłam kawałek zła, ogień piekielny w skondensowanej postaci HAMBURGERA z mcdonalda, czym potwierdziłam na zawsze swoją tłustość.
Nie liczy się to wszystko, albowiem dziś dostałam przelew od PLL LOT aaalalalaala!
Rekompensatę pieniężną za moje potworne krzywdy, których doznałam w maju, kiedy to mój lot odwołano i pozostawiono mnie samej sobie, bez krztyny troski. Uduszoną z radości.
SZESET. EURO. Drżę.
Polecam więc każdemu przygody z PLL LOT. Dobre bo polskie!

Poza tym, jako że jestem pieniacz, kolejna sprawa w toku! Za to, że moja koszmarna uczelnia porwała mi (jedyne włażące mi na dupe i nie łonowo niskie, idealnie sprano-czarne, perfekcyjnie przykrótkie) spodnie, używając do tego prastarego krzesła z wystającymi śrubami. Gdyby uczelnia podarła mi skórę, pewnie dostałabym wścieklizny tężca i zgorzeli gazowej. Także tak. Pozew dostarczony pani DEREKTOR, która niestety jest też moją promotorką. Obawiam się szantażu, coś w stylu: "pierwszy rozdział pracy za odszkodowanie". 

I tu przechodzimy  do mojego kolejnego problemu, czyli pracy magisterskiej.
Problem od roku. I na następny rok. Wywołuje u mnie torsje. Zero słów. Rozpaczliwie miotam się po mieszkaniu, siadam przy komputerze, pisze: Dksfkkdsfdf. QWERTY. Po czym odpalam facebooka i przeróżne blogaski. Jestem na intelektualnym spodzie. Paraliż i kalectwo.

Wychodzę jednak z założenia, że "jeśli ma się zjeść kupę, nie ma co jej dzielić na kęsy"
i czekam na moment, na piorun, na stos książek (to w piątek) i charakterystyczne dla mnie przypilenie. Tak było przed maturą (dwa miesiące nieprzytomnego rycia od rana do nocy), przed każdą sesją (nagle cios w skroń i notateczki, powtarzanki, zakreślacze) i tak będzie MAM NADZIEJĘ!? ;( teraz. Teraz teraz teraz teraz afjkdfsdfjsdf.

Mam dużo wolnego. Czterodniowy weekend. Mam czas pisać. Ale też nie mam czasu, bo w weekendy przyjeżdża Marcelek, a w inne dni...się nie staram.
Absolutnie wielbie dni w których nie muszę sie starać.
Wstaje o 9, siku, mrug mrug, ziew, "jeszcze na chwileczke sie przytule, podusia nie ostygła", otwieram oczy i jest 11. Jeszcze bym pospała ale w sumie po co.
Godzinne śniadanie, z krojeniem jabłka w kostke, jak jakaś pani z telewizji, i owsianką z cynamonem i miodem. Herbata, jedno zalanie, drugie zalanie. Ziew. Wzrok sfokusowany na nieskończoność (polubiłam to), stopy jak żółwiki morskie na oślep pełzną do swego przeznaczenia w postaci cieplutkiego zasilacza do kompa. Jeden koc, drugi koc, kołdrowe kapcie, gapienie sie w sufit, galop do łazienki bo przecież trzeba wysikać litr herbaty. Wieczne zamyślanie się. Gdybym była kierowcą, to bym kogoś niechybnie zabiła.
Ide po warzywa w swetrze taty i wyglądam jak kocmołuch. Ulubioność. Szkoda tylko, że mi nie wolno.
Ah jak pięknie będzie kiedyś poczuć wolność magisterską.

Na zdjęciach moje kanapki. Weekendowe. Śniadanie w tygodniu to owsianka, działa cuda na wszelkie przewody, ręczę swoimi! Oraz moja urocza trzepaczka, prezent od Uli. Oraz koszula w której się potajemnie kocham. Oraz moje włosy, chwalę się, bo uważam że obecnie są w miarę super. Stosuje zupełnie szaloną super naturalną pielęgnację (szampon dla dzieci, olej kokosowy, ziołowy psikacz, żel aloesowy itd... zielarka i katechetka stajl) i byłoby to co najmniej zasmucające, gdyby nie działała.




Nieostre ale to marcel robił. Nie krzyczmy bo będzie mu przykro.

A na koniec małe pytanie, dylemacik, zagadnienie takie.
Tło: Mam niewielką obsesję na punkcie takich bucików, troche kowbojkowatych botków do kostki na przyzwoitym obcasie. Ale też trochę na punkcie sztybletów.
Didaskalia: moje upośledzone stopy muszą mieć wygodnie, więc byle barachła nie zniesą.
Postaci: vagabondy, pieruńsko drogie, ale bankowo porządne i wygodne; topszopy, pieruńsko drogie i nie wiem czy wygodne; vagabondy płaskie super mega wygodne ale płaskie = grubonogi karzeł; river islandy względnie tanie, ale jakość mi nieznana.
EDIT: istnieje jakaś firma zbliżona jakością i komfortem do vagabondów? bo droga ta zabawa...
i pytanie nr 2 - istnieje jakaś firma produkująca spodnie które nie rozwlekają się na dupie? White girl problems.
Co poradzicie?

piątek, 7 października 2011

Na wstępie pozdrowienia dla szpiegów, prawdziwych ludzi których znam, którzy mnie odnaleźli. Może jeszcze nie, ale kto niegłupi ten znajdzie po nitce do kłębka tego żenującego blogasa. Oh well.

Oto co mam dziś do powiedzenia:
Zapach potrafi u mnie wywołać rzewny płacz. Wielkie łzy grochy spływające po policzkach zbierające po drodze puder łaskoczace  i kapiące na dekolt.
Byle zapach.
Wącham własną dłoń, na niej krem do rąk Kamil, czy coś. Nie wiem skąd się wziął w mojej głowie. Wącham własną dłoń i czuje jakbym wąchała swoją przeszłość, jakby moja ręka i ręka mojej mamy sprzed 15-18 lat były tą samą ręką. I czuje, że już tyle za mną i że to takie straszne. Czasem chce być niedorozwinięta i nie dorastać. Zakrywać oczy maminą chłodną ręką i mieć temperaturę wieczorem i absorbować sobą i nigdy nie mieć więcej niż osiem lat. Potrafie się z tęsknoty za tym pragnieniem zalać łzami na zawołanie. Durna. Życie mnie przeraża. Tchórz. Zaczęło się od kremu Kamil, czy coś, przypomnę.

Wącham pranie i jestem jednocześnie panią domu z reklamy silanu i dzieckiem które pierze misia w coccolino i tą samą ośmiolatką która w niedziele po "kąpieli na pełno wody" ogląda kubusia puchatka zawinięta w świeżo zmienioną pościel. Om nom nom.

Wącham wszystko. Lubie wąchać. Slinię się jak wącham papier i drewno i tynk, pożułabym. Jak Remedios. (Rebeka, nie Remedios. Caly moj swiatopoglad runal ;()

No i dźwięk też potrafi. Jestem dosyć płaczliwą osobą, to fatalne. Muzyczna Poczta UKF. Teraz na przykład jakiś chłopiec zadzwonił do radia i poprosił o Imagine Johna Lennona. Oh please, to takie rzewne. Szary dzień, wszędzie półmrok, w ręku jabłko, wszędzie ten John Lennon i jego pianino. Co widze: najpierw siebie klęczącą przy Strawberry Fields,  w gardle gula, w okienku aparatu zdjęcie Lennona i paskudne białe adidasy anonimowego turysty. Więc za sekundę widzę siebie duszącą się z radości, gulgoczącą tą radością i kłusującą przez Central Park z radosną nowiną. A potem podobny też szary dzień i Ule i siebie w galerii na południowym Manhattanie. Oglądamy album o Lennonie i Yoko. A potem na chwileczke całą moją licealną klasę jak na angielskim śpiewamy cieniutkimi głosikami piosenkę z czytanki, tak ładną i mądrą że aż nam głupio i musimy pochichotać i się powydurniać.
A teraz Epitaphium King Crimson! No litości. Widzę że nie tylko ja dziś zafiksowana na śmierć. Oh Steve, iSad...


Taki tam piątek, pierwszy wolny od trzech miesięcy, pierwszy samotny od trzech miesięcy i bardzo mi to pasuje. Na zdjęciu dziwne zdjęcie, kurz ze skanera do slajdów i niebo. Widać przecież, komu ja to opowiadam, oj kasiakasia.
No i co tak mało komentarzy, mam zacząć stosować tandetne tricki z poradników dla kasołasych bloggerów i konczyć notke pytaniem żebyście sie czuli włączeni? CZY TAK? Co o tym myślicie moi drodzy?