środa, 9 kwietnia 2014

Wzdycham codziennie jak takie smutne dziecko w oknie.
Że moje wymarzone wakacje, te same, które wymyśliłyśmy z Ulą w pięć sekund w pewien styczniowy straszny piątek pełen rozczarowań i szlochu w trzech różnych łazienkach, naprawdę się już były skończyły. Teraz nawet nie pamiętam jakim cudem w mojej głowie mógł panować taki (niejeden) niewąski burdel.

Wgapiam się we własne, jeszcze trochę brązowe nadgarstki z surferskimi bransoletkami, wącham kolendrę i tropię miękkie mango w sklepach. Żeby sobie przypomnieć, nie głową, tylko ciałem. Że to wszystko naprawdę się wydarzyło. Nadal nie mogę się przemóc do pomalowania paznokci i nałożenia obcasów, ba, ciężko mi się wbić w ciuchy, które nie mają kieszeni, żeby w nich trzymać ręce wyrażające postawę obrażenia się na dorosły świat w którym wakacje to tylko trzy tygodnie.

Jako że grożono mi już śmiercią jeśli nie napiszę notki, emo relacja czas start.

Różowe buciki i ja zaczynamy przygodę w najsłodszym Berlinie, już w momencie gdy wygrzebuję się z plecakiem z nadziemnego przystanku podziemnej kolejki (ale jak to) i idę do domu. Tak jakby znów była jesień. Ale o tym już pisałam w poprzednim odcinku. Wzdycham jeszcze ostatkiem braku rozsądku za kolejnym niezdecydowanym, niebieskookim chłopcem, a potem śpię jak niemowlak, pierwszy raz od nie pamiętam kiedy. "Po tym właśnie rozpoznaje sie magiczne miejsca - ze ludzie łatwo w nich zasypiają.". Rano zaczynam się szczerzyć do siebie. Berlin żegna się na różowo i pogodnie. Jakby kiwał łapką.

W Madrycie ja kiwam łapką Europie. Jadąc na lotnisko skanuję horyzont i zastanawiam się kiedy ostatnio widziałam góry. Dziki człowiek z korporacji.


























A potem wciska mnie w fotel. Patrzę na swoją dłoń, gdzie powoli zaczynają błyszczeć maleńkie kropelki potu. Lubię latać, ale i tak za każdym razem jestem pewna, ze zaryjemy ogonem w pas startowy i wszystko stanie w płomieniach. Nie dziś, lecimy.
Uciekamy przed zachodem słońca, a ja ułamkiem mózgu zastanawiam się, kiedy zabije mnie zakrzepica, no bo na Boga, 11 godzin lotu. A po nich to uczucie, gdy za oknem widać zarys kontynentu, o którym gruba baba od geografii potrafiła w tak zabójczo nudny sposób mówić długie godziny. O uprawach kawy i zatokach i glebach. Baba do tej pory nie ruszyła się z miasta powiatowego. Szczerzę się do okna. Szczerzę się, wysiadając z samolotu - już w przesmyku między drzwiami a rękawem wali mnie w twarz parne, ostre powietrze. Aż mi głupio tak się cieszyć. Ludzie patrzą.

Nie wiem który bus wybrać, żeby nie zostać porwaną dla okupu. W końcu wsiadam do takiego z dziurą po kuli na środku szyby. Jadę do Antiguy, dawnej stolicy Gwatemali, która w przeciwieństwie do obecnej stolicy jest śliczna i nie odbywa się w niej przynajmniej jedno morderstwo dziennie.

W miasteczku jest już ciemno, a wszystkie domy mają tylko jedno piętro i są w niesamowitych kolorach. Krawężniki sięgają mi do kolan - małe pieski skręciłyby sobie karki próbując z nich zejść, może dlatego spotykam tylko duże psy, które wąchają mi kostki i lecą dalej, w jakimś ulubionym kierunku.
Idę wąskim chodnikiem i ściskam w dłoni klucz i banknot. Wchodzę do taquerii i znów strasznie szeroko się uśmiecham. Trzy napakowane tacos z marynowaną wołowiną zalewam guacamole i jestem królem świata. Wracam do hostelu, wchodzę na dach i spotykam pierwszego Niesamowitego Człowieka z Wakacji. Spędzamy dwie godziny, wpatrując się w ciemność i gadając o tym jak pogodzić pasję z zarabianiem na chleb (tortille?), o filmie Her (smutny czy wesoły?) i o sobie samych też. Tak po prostu.

Nie mam kiedy spać. Godzina nie ta, materace obłożone folią straszliwie skrzypią, a wszyscy pozostali lokatorzy to rosłe, spocone i oczywiście chrapiące chłopaki. Słychać ptaki i strzały. Moja paranoja godzi się z faktem, że to chyba fajerwerki a nie broń palna.

Budzę się o czwartej rano i znów idę na dach. Księżyc chowa się tuż przed szóstą, a chwilę później zaczynają piać koguty. To dziwne jak człowiek przyzwyczaja się nawet do drzew - tutaj wszystkie są postrzępione i zupełnie ich nie znam. Hamak jest wilgotny, tak jak powietrze. Nade mną góruje wulkan, hipnotyzujący, częściowo schowany w chmurach. Nie mogę oderwać wzroku. A co jak zniknie? Szanuję Cię wulkanie.

Na śniadanie huevos rancheros i spacer. Mój nos jest czerwony już po godzinie, wiele dni później zejdzie mi z niego wiele warstw skóry. Antigua jest urocza i trochę europejska, jak przystało na hiszpańską kolonię. Na niektóre uliczki lepiej się nie zapuszczać po zmroku, ale teraz jest środek dnia, niebo pachnie kwiatami, a ja ściskam w dłoni woreczek z pokrojonym chłodnym mango. Ogarniam szachownicę ulic, kościoły i stragany z jedzeniem. badam stopami kocie łby. Wspinam się na te śmieszne krawężniki. Idę na targ, perfekcyjne awokado kosztuje 40 groszy za sztukę. Macie czasem tak, że dotykacie ręką ściany wzdłuż której idziecie, żeby się jakoś tak uwiązać w czasoprzestrzeni? Tak było.



























Popołudnie należy do wulkanu Pacaya.
Mój pierwszy wulkan a od razu jeden z najbardziej czynnych na świecie, ostatnia erupcja była dokładnie tydzień temu, wtedy. Bus zbiera ludzi z całego miasteczka i jedziemy. Prosto w chmury.
Najpierw maszerujemy gęstym lasem, im wyżej, tym ciężej rozmawiać. A jest z kim, znów pełno Niesamowitych Ludzi z Wakacji, których chce się poznać wcale nie po trochu.
Potem wspinamy się już na poważnie, brodząc rękami w czarnym wulkanicznym żwirze. Łapiemy się gałęzi i korzeni, żeby nie stoczyć się w dół jak nie znające się na prawdziwym życiu europejskie łamagi. Moje jasnoróżowe buty to jakaś kpina, ale teraz wszystkim czepiającym się ich niechlujności mogę powtarzać, że 'oh wiesz, ubrudziłam je sobie w Gwatemali, podczas wspinaczki na wulkan...takie tam.'.


























Robi się gorąco. Chłodne, białe smugi owiewają łydki, przeplatając się z ciepłem bijącym z ziemi. Niezwykłe uczucie, jakby chodzić po brzuchu gigantycznej, żywej istoty. Czekasz na oddech, który Cię zdmuchnie. Tu i tam mijamy żarzące się na czerwono dziury, w którym pieczemy nabite na patyki pianki, które chowamy między herbatnikami z czekoladą. Zjadamy te wulkaniczne smores, oblizując czarne od pyłu palce. Jest dziecięco i cudownie, topią się podeszwy naszych butów. Wracamy, naćpani tą radością człowieka z miasta, który się całował z naturą.

Drogi w Gwatemali prawie nie są oświetlone. Żadna nie jest pozioma. Co chwilę zakręt rzuca pasażerami po ścianach busa. Który gna na krótkich swiatłach jak dziki. Jednemu panu chce się wymiotować. To absolutnie najgorszy możliwy kraj na przejażdżki dla rozkołysanych błędników. Absolutnie najlepszy dla wszystkich pozostałych.

Jaka jest szansa, że na wulkanie w Gwatemali poznasz Swojego Człowieka? Nie znasz dnia i godziny. 'People who love to eat are always the best people', to po pierwsze. Połączenie ogarniętego acz swobodnego trybu 'on the road' z wiecznie niezaspokojonym apetytem, to po drugie. No i proszę, mam doskonałe towarzystwo na następnych kilka dni, a mój plan zahaczenia o jezioro Atitlan nabiera kształtów. Kształtów fantastycznego bochenka chleba bananowego, który kupuję na drogę i przy którym wreszcie mam z kim nadmiernie ekscytować się żarciem. Happiness only real when shared. Wszystko się zaczyna.

Znów nie mam kiedy spać. Następnego dnia o siódmej rano wyruszamy chicken busem w (nie)znane.






czwartek, 6 marca 2014

Nic nie poradzisz na niepokój.
Czasem po prostu wstajesz rano i marszczysz brwi. Dzień zaczynasz z niewyraźnym uczuciem, że zaraz coś runie. Mimo, że jest jasno, wszędzie palą się światła - na klatce schodowej w tramwaju, w całym szklanym, przerażającym biurowcu. Są w nim jednak pomieszczenia bez okien, odkrywasz w nich, że naprawdę masz kilkadziesiąt procent wspólnych genów z takim na przykład ptakiem albo ćmą. Coś Cię nosi, ale nie wiesz gdzie.

Niebo wie, że jesteśmy teraz zmartwieni. Nic sobie z tego nie robi.

Z nudów żujesz powoli obite, niesmaczne jabłko i patrzysz na ludzi z ukosa, jeżeli w ogóle patrzysz na kogokolwiek. Każdy kęs to 10 sekund mniej do godziny zero. W której nic się nie wydarzy. Bolą Cię plecy, więc wzdychasz co jakiś czas. Pomiędzy ziewami łykasz z zamkniętymi oczami przestygniętą kawę. Pieprzony małpi gaj, co dwie godziny chwytasz się czegoś, co znajdziesz w próżni, żeby dzień miał strukturę i żeby w serotoninowym marzeniu nie zjeść dwóch tabliczek czekolady na ławce przy stojaku rowerowym.

Czekasz na katastrofę. Polega ona na tym, że kolejny dzień spędzasz na odliczaniu godzin.
Nie ma nic gorszego od czekania. Z każdą minutą ktoś dokłada kamyczek i w końcu ledwo stoisz na nogach. Coś Ci przecież szeptało do ucha, że to się nie może udać, byłoby za pięknie.
W końcu dostajesz to, co sobie tak rzetelnie wymartwiałaś cały dzień. Który to już raz nic wielkiego się nie dzieje.

A czasem zrywasz się z łóżka zupełnie nieswoja, ładnie ułożą Ci się włosy i sukienka. Policzek różowy, dziewczyna jak malina. Och, wspaniały dzień na zdobywanie świata. To przecież nic nie znaczy, że nic wielkiego się nie dzieje. Czemu coś miałoby pójść źle? Przecież dobre nastawienie to podstawa, tak mówią na mieście, na tych ławkach koło stojaków rowerowych, gdzie nigdy nie dociera słońce, a zawsze dociera wiatr.
W moim przypadku dobre nastawienie to podstawa do zawodu. Uśmiech prostuje się sam. Policzek czerwony. Jeszcze jedno nigdy-więcej.























Ktoś mnie chyba musiał porwać, uśpić i wyciąć całą intuicję, sprzedać handlarzom organów. Obudziłam się w wannie z lodem, z blizną pod żebrami. Jakby tego było mało, chirurg stażysta zaszył w środku szmatę i całkiem sporo naiwności. Wspaniale, oklaski.

Obiecuję, że to ostatni emo post przed wakacjami, odkurzam sobie głowę z tego białego puchatego alergizującego słodkiego gówna i cieszę się na plaże, owoce i Ulę. Jestem w Berlinie, czwarty raz w ciągu roku i znów z taką malutką sieczką w głowie. Ale jest wspaniale, piwnie, pizzowo i czekoladowo, przytulając własne kolana gadamy do późna przy starym drewnianym stole, otoczeni chaosem zabawek i kredek. Jutro włóczęga po znajomych kątach i najlepszy możliwy lunch na taki stan ducha, czyli ramen. A wieczorem Madryt. Pojutrze Gwatemala. Za tydzień Meksyk. Dobry plan. Załóżmy, że świat będzie istniał jeszcze tylko trzy tygodnie.

Całkiem dobry plan.

poniedziałek, 3 marca 2014

Leżę pod kołdrą i ruszają mi się tylko oczy, na więcej nie mam siły, bo oduczyłam się zasypiać. Niepokoje takie tam. Leży się smakowicie, nie wiem kiedy znów będę tak sobie spokojnie.
Mam rozpisany plan zmartwień na każdy dzień.

W środę będą mi się trzęsły ręce od czekania.

Jutro będzie nieogarnięte. Niech mi ktoś zrzuci linę do tej studni. Stara śpiewka. Czas domyślić do niej nowy plan. Może na plaży.

Dzisiaj było dziwne, wietrzne i poddenerwowane. Zostały mi dwa dni i nadal nie mam japonek ani filtra przeciwsłonecznego. Takie sezonowe rarytasy to nie u nas nie teraz, panie tego.

Wczoraj był dobry zimny dzień, doskonale miejska niedziela. Śniadanie w Kubku z fajnym państwem Tolowym. Sto milionów kroków, ból głowy i koszmarne niewyspanie na twarzy i w nogach, a mimo to jakaś podejrzana (wcale nie) uciecha. Dawkuję sobie ludzi, bo czasem jakoś nie mam na nich siły, zwłaszcza jak znajdę odpowiednią do włóczęgi muzykę, na przykład dziś Jefferson Airplane. Pustym Śródmieściem dobrze się idzie, w końcu docieram do Rakowieckiej i znajduję sobie misję. Wspólne milczące szorowanie stuletnich drzwi i przesuwanie wielkiej szarej kanapy w pachnącym najlepiej, bo farbą i drewnem mieszkaniu mojej przyjaciółki na ostatnim piętrze starej kamienicy. A potem idealne na niedzielę pierogi z mięsem i grubymi jak dla górnika skwarami, z najfajniejszego mleczaka warszawskiego. A ręce pachną nam płynem do mycia szyb. I znów samotny szaro-granatowy spacer z rękami w kieszeniach i drapaniem w gardle. Różowe buty dobrze niosą. Wyprzedzam wszystkich na trzeciego.

Dobrze, że z głowy wymiotło stary brud. Ten nowy jest taki biały i puchaty jak pyłek lipy, ciekawe czy dostanę od niego straszliwego kataru. Staram się nie zastanawiać nad tym, co będzie później niż za trzy godziny.
Dostajesz to, co widzisz.
Słodko toniesz w tym i łamią Ci się usta w ostatnim uśmiechu.
Oby jak najczęściej. Ale na wszelki wypadek o tym nie rozmyślaj.


piątek, 28 lutego 2014

Kłuje mnie powinność.
I kłuje mnie w zatokach, tak bardzo o tym marzyłam miesiąc temu. Nie zdarzyło się L4. Zdarzył się dzień dziecka urlopu, przespacerowany w słońcu w parku w kinie. Zdarzył się też najdłuższy i najcięższy tydzień pracy jaki pamiętam. Pełna mobilizacja w palcach. Mój pierwszy snickers od roku, hiperwentylacja, dużo westchnień i parę smacznych papierosów. Jakie to uczucie wyjść z pracy o północy i jechać niezdrowo pobudzona kawą pustym nocnym autobusem na Pragę i słuchać muzyki stworzonej do leniwych winnych wieczorów? Nowe.

Ale wszystko mi jedno, bo za tydzień będę w Ameryce Środkowej.

Słucham muzyki, od której aż wali mnie po uszach nadzieja. Nie wiem czy to dobrze. Tak się cieszyć. Wiosna, tak jakby. Hamuję, bo nic mi ostatnio dobrego nie wyszło z nadmiernego się cieszenia.

Rozpraszam się wakacjami. One raczej nie powinny wywinąć żadnego numeru (chociaż w momencie pisania tego zdania już jestem pewna, że coś wywiną!). Myślę o tym jak smakuje awokado w Meksyku i jak będzie pachniało powietrze gdy wysiądę z samolotu.

Ale czasem nie lubię wyjeżdżać z Warszawy. Zwłaszcza gdy celem podróży jest małe polskie miasto, które znam na pamięć. Chociażby to było miasto, w którym ponad 25 lat temu pierwszy raz rozdarłam się donośnie, a mój tata stał pod oknami szpitala, zaciskając palce na oczkach siatki i wypatrując wieści. Miasta, gdzie pierwsze dni wiosny celebrowałam wisząc na drabinkach głową w dół w fioletowym skafandrze z Ameryki, na placu zabaw ukrytym w sosnowym lasku koło domu. Miasta w którym pierwszy raz sie całowałam (pod szafką szkolną w szatni, pospiesznie, suche usta). Gdzie w deszczowe dni chodziłam po szkole do swojej przyjaciółki, u której zawsze było bardzo duszno, a jej mama smażyła racuchy. Brałyśmy zdjęcie klasowe i z nudów kpiłyśmy ze wszystkich po kolei. Albo patrzyłyśmy jak jej chomik robi kupę. Zarówno przyjaźń jak i chomik dziś bardzo martwe.
To dokładnie to samo miasto, w którym na imprezie urodzinowej dostałam swój pierwszy dezodorant ze Spice Girls, mimo ze moja skóra pachniała jeszcze dzieciakiem. Bo wszystkie dziewczyny, mamooo...! Gdzie na dyskotekę malowałam sobie na ramieniu gwiazdki brokatowym flamastrem. Wszystko pachniało ekscytacją i wszystko czekało na 'wolny'. W pierwszej klasie na sztywnych rekach, w trzeciej na klej. I ten zapach pierwszego chłopaka, do którego biegły te sznureczki i ciągnęło jak diabli. Dziś ciągnie tak samo. Rwie tak przyjemnie i straszno, ale nie pobiegniesz, bo dziś jakoś łatwiej dostać w mordę. No to nie wiem, może karteczkę napisz?

Każdy z tych zapachów małego miasta spotkałam w niedzielę w busie do Warszawy. To trochę jak dwugodzinna podróż wehikułem czasu, który za dobrze nie działa, więc rzuca Tobą po takich różnych kluczowych a przecież nieważnych momentach, które nie wiadomo po co składujesz w głowie.






















Niegłupio jest jednak :) dobra kawa, dobre rozmowy i dobre wyniki na kołowrotku bieżni w korposiłowni.
A o zapachu końca świata opowiem Wam za tydzień. Na zdjęcia, gdyby ktoś nie wiedział, zapraszam tu: insta(nt).



Myśl kończąca zawsze ta sama: kasuj czy publikuj? Zamykam oczy.

niedziela, 16 lutego 2014

Jest tak strasznie ciemno, a to właśnie początek najlepszego dnia tygodnia.
Ludzie o tej porze wstają, jedzą kanapki z pasztetem. Zmiatają okruchy z blatu, wchodzą pod prysznic i marzną, wychodząc.

Jeżdżą ciężarówki z pieczywem, które ładnie pachnąc kłamie, że jest smaczne jak kiedyś (nie jestem stara, kiedyś kajzerki po prostu dało się szanować). Aż by się chciało zrobić kawy, poszeleścić pachnącą gazetą i zrobić sobie bułkę z serem żółtym, a nad stołem wisiałaby lampa i za oknem nie działoby się nic. Zawsze jak się zdarzy taki błyszczący nocny poranek, to się go pamięta. Wyjazd na kolonie. Tata wraca z Ameryki. Pierwszy zachwyt oczytanym człowiekiem. Spacer mostem i coś niesamowitego gdzieś tam w czasie przyszłym na drugim brzegu.

Nikt nie wie, czy jestem dzisiejsza czy wczorajsza, nie to, żeby ktokolwiek się zastanawiał.
Kierowca właśnie rozpoczął pracę i pewnie już chciałby, żeby się skończyła. Jestem sama w ciemnym autobusie. Biegłam sprintem żeby na niego zdążyć, przeskakiwałam po cztery schody, a na każdym pietrze wieżowca posapywał smacznie śpiący bezdomny. 

Wisła udaje, że nie istnieje.
Jest tak strasznie ciemno, a ja mam tak szeroko otwarte oczy i śmieję się w szalik. To był doskonały wieczór, chyba najlepsze walentynki, tuż obok tego jednego razu, gdy bezkształtny tobół z kolorowego papieru skrywał pluszowego brokuła - czy to dziwne? Czy powinnam jak każda szanująca się kobieta z shutterstocka zaliczyć co najmniej jedną randkę typu reklama środka na refluks przełykowo-żołądkowy? No więc walentynkowa zadymiona impreza, na której o 2 w nocy robiłam czipsy z pietruszki i purpurowych marchewek. Jak to jest, że skok między obcych ludzi czasem jest straszny i obijasz sobie mordę i jako ten wstydniś kopiesz sobie grajdołek społeczny, a czasem tak dobrze wychodzi rozmowa i nie męczy nic, nawet ból głowy wywołany walentynkowo-buńczucznie wypitą przy biurku w pracy nalewką malinową siedemdziesiąt procent miłości. Ktoś mnie nawet głaskał po głowie z radości. Nie mogę wyprostować uśmiechu.

Jestem jutrzejsza.





























Dostałam ostatnio na firmową skrzynkę tajemniczego maila od zupełnie nietajemniczego (acz przystojnego jak wymarzony diabeł) kolegi z brytyjskiego oddziału mojej agencji. Nie był przeznaczony dla mnie, to oczywiste, ale przecież go nikomu nie ukradłam:


'kat

Im sorry today was so troublesome 

We will have a better tomorrow'



Traktuję to jako luźną obietnicę.

sobota, 1 lutego 2014

Zza okna dochodzą takie dźwięki, że nie wiadomo jaka to pora roku.

Pół roku temu - pora roku Lato.

W domu stoją pudła i torby pełne rzeczy. Połowa. Kiedyś. Robi miejsce. Teraz. To ten moment. Dwa tygodnie oswajania i to ten moment. Wychodzę.

Cały gorący dzień ze stopami schowanymi w ciemnozielonej trawie. Chińskie pierożki zjedzone na poboczu, wycieczka rowerem przed drogę szybkiego ruchu i trąbiący straszliwie autobus, który zdmuchuje nas prawie pod koła taksówki, wreszcie to porośnięte zbocze, gdzieś jakaś muzyka, tort bezowy z truskawkami, milion ludzi wokół, samozmieniająca się flaszka piwa w ręku. Do wszystkich ufnie. Komary tną. 'Wyrwałaś się i już oczy maślane? Obiadki i trzymanie się za ręce? Dziewczyno, daj spokój!'. A ja wcale nie chcę, uśmiecham się jak do siebie i do środka i sprawdzam telefon. Wracam do domu piechotą przez most i wszystko wokół jest czarne, a ja zbyt pijana żeby jechać na rowerze, zbyt zmarznięta żeby się nad sobą zastanawiać. Z ludźmi których znam od czterech godzin. Wyjemy ze śmiechu na widok ogłoszenia wiszącego na przystanku. A ono nie było wcale śmieszne. Człowiek z autobusu opowiada o tym, że co jakiś czas jedzie nocą przez pół miasta po to, żeby zjeść kebab na rondzie Waszyngtona, pomaga mi z rowerem i życzy miłych wakacji. Wakacji. Ile ja mam lat. Nie wiem. Jadę. Rowerem po ciemku i po cichu, przez park.

Dwie godziny później w pustawym mieszkaniu budzi mnie pukanie do drzwi. Nabijam siniak o futrynę. Piąta rano środek dnia, drą się ptaki. Wchodzi człowiek i idzie spać do mojego łóżka, tak wyszło, jeszcze tylko dziś. Przesuwam się na sam brzeg brzegu. Zaciskam zęby i tak strasznie chcę żeby było już jutro, że zasłaniam twarz rękami.

Wieczorem wychodzę z domu tylko na chwilę, z gołymi udami i stopami, w byle jak zawiązanym płaszczu. Jest ciepło i obiecująco. Czuję każdy kamyk i każdy zapach. Na przystanek podjeżdża tramwaj i zanim otworzy drzwi, już się w ciemności uśmiecham, ale tak naprawdę, z zębami. Parskam jak źrebak. Ula. Pierwszy lipca. Wszystko się zaczyna.

Miesiąc temu - pora roku Zima.
Wracamy z imprezy sylwestrowej dusząc się ze śmiechu i chyba nawet trzymając się za ręce. Temat: mop do zmywania torów kolejowych. W dodatku na trawniku leży przewrócony toitoi. Wszystko jest straszliwie śmieszne. Kolejny dzień spędzimy jedząc hummus i rozmawiając o chłopcach takich i owakich. Pierwszy stycznia. Nic się nie zaczyna.

Dziś - pora roku Zima Bardziej.
Idę sama, wracam sama. Tym razem umiem rozmawiać z obcymi ludźmi, mimo, że już ich poznałam, na tym trawiastym zboczu. Wolałabym chyba nawet kogoś nielubianego, a oswojonego.Wracam pod kołdrę.
Najpierw wyobraziłam sobie kogoś idealnego, ale z Twoją twarzą. Teraz nawet nie masz twarzy. Może i reszta zniknie.
"-Musimy porozmawiać - mówię do nikogo."
Pierwszy lutego.






wtorek, 28 stycznia 2014

Mam taki niewiele warty dar.
Gdy zanurzam się w historię, którą już dobrze znam - bo każdy ma takie filmy, które ogląda jak już mu nic innego nie pozostało, takie książki, które go koją, takie historie, których czasem potrzebuje - czytał je, gdy było mu dobrze - kiedyś pomogły - zawsze to robią - zapominam jej fabułę wraz z pierwszą sekundą literą i klatką. What has been done, can be undone, sometimes.

W niedzielę dzień święty użyłam go sobie.
Wykasowałam z głowy historię i włączyłam film. Najpierw bardziej byłam skupiona na misce z zupą, potem tradycyjna patologia smartfonowa, a potem już nie dało rady.
The Great Gatsby rozdarł mnie na pół. Nie przypuszczałabym w życiu, ze hollywódzki hit z popularnym aktorem dołączy do tych kilku filmów, po których trzeba się patrzeć w sufit.

A przecież to nie tylko film, najpierw była książka, którą wygrzebałam trzy lata temu na stoisku antykwariatu w BUWie. Zachłysnęłam się od razu, doczytywałam w metrze, wgapiając się co rusz. z braku laku, braku przestrzeni dla oczu, w stopy innych ludzi.
No więc to historia. Nie wiem co mnie w niej tak odurza.

Chociaż oczywiście że wiem. Obsesja. Kronika zapowiedzianej porażki. Wiadomo, że nic z tego. I ta nadzieja w oczach taka jakby półprzezroczysta. Chcesz złapać za ramię - Ciebie ktoś zawsze łapie, daj spokój Kasia, to, na co czekasz, nigdy się nie wydarzy (nie to, żebyś uwierzyła). Obsesje mam w małym palcu - albo lubię kogoś za bardzo, albo wcale (Plath). Porażki też mam w małym palcu, więc dobrze spojrzeć na cudze z dystansu.

W filmie doszła do tego baśniowość, przerysowanie gestów, mimiki, rzeczywistości. Niektórzy mówią, że przesada, ale widocznie nie mają we krwi takich pokładów egzaltacji jak na przykład ja. Światło jak w teatrze. Gwałcąca uszy muzyka. The XX, Lana i prohibicja. Ale i okropny niepokój. Zwala Ci się na głowę cała ta nieszczęśliwa miłość, ale jakby napompowana do rozmiarów życiowego planu.
Gatsby nie może się doczekać spotkania - gryzę palce. Czuję go.
Scena z wyrzucaniem koszul i łzy. Jak mały chłopiec, dam Ci wszystko, nawet zasuszoną dżdżownicę. Ja kiedyś dostałam. Wszystko to wszystko.
Scena wypadku samochodowego - unoszę rękę i patrzę na swoją gęsią skórkę.

A przecież gdyby im się nawet udało, to i tak w końcu...te deski nieopuszczone, skarpety pod fotelem, niedomyte naczynia. Odsuwanie się na brzeg łóżka, posiłki milczące i niechęć, przerywana co jakiś czas zapewnieniami, którymi przekonujesz sama siebie, wybuchami śmiechu. Jak powiedział pan aktor z Klancyka: 'Spójrz za okno, co widzisz? Świat pełen zepsutych związków?'. No, tak jakby. Zepsute albo nieistniejące.
Co gorsza, do nieistniejących sobie można bardzo wiele dowyobrażać.

No i dlatego czasem boję się obejrzeć film. Albo włączyć ładną piosenkę. Że mi wybuchnie klatka piersiowa. Sztuka sprowadza cierpienie, kurwa no! Rzekła Jelinek, nie wiem czy z przekleństwem.

Poza tym na zachodzie bez zmian. Shake it like a polaroid picture, zaśpiewał pan w piosence. Jeśli potrząsnę głową jakieś miliard razy, to może mi się w niej wszystko ułoży, hm? Próbowaliście? Mnie dziś łaskoczą zatoki, więc podłączam się do kroplówki z Wesem Andersonem. Obejrzałam przed chwilą etiudę 'Hotel Chevalier' i jeśli skończyłam z nieco spoconymi oczami, uśmiechając się w pięść, to Wam też polecam kliknąć play poniżej.



Lub poniżej i powgapiać się w śnieg. Dobro.


Bleh. W czwartym tygodniu nowego roku chciałabym, żeby ktoś dla mnie coś pysznego ugotował. Chciałabym spotkać kogoś zachwycająco dziwnego. Chciałabym, żeby już było KIEDYŚ.