No nic innego jak tylko pić zieloną herbatę zaparzoną domkiem. Udawać że od herbaty człowiek jest tak samo najedzony i szczęśliwy jak od czekolady i kanapek z masłem orzechowym crunchy. Zapijać pragnienia obżartucha. Oglądać w Internecie różne ładne rzeczy. Owijać w bawełnę zmarznięte stopy bo wicher dmie przez okno i mrozi.

Usmażyć placki z jabłkami, czterema. Każde wielkie jak głowa, głowa - marzenie frenologa, bo z wypustkami i guzami, a do tego brzydkie i kwaśne. Jabłczane dziwy, takie do placków najlepsze, mądrość stara to. W ostatnim jabłku robak, gąsieniczka jak z rysunku pierwszaka maszeruje dziarsko, a ja jestem przekonana że ją przekroiłam w jakimś stopniu co jest jednym z obrzydliwszych robaczych koszmarów. To prawdziwie robaczywe lato, a teraz jeszcze to. Znowu mnie to spotyka, pomyślała gąsienica i z małą pomocą skoczyła z balkonu. Z czterech jabłek sto placków i komu teraz urośnie dupa?;/ Przecież nie Marcelemu.

Oglądać swój nowy pierścionek z różą, kupiony za pieniądze od babci na urodziny. Myśleć o tym, że ta róża ma podobny kolor jak wczorajsza kolacja, a mianowicie doskonalutki stek z sosem i sałatą z winegretem. Jest coś dzikiego w wielkim soczystym kawale mięsa. Myśl godna lwa. Duma rozpiera me nadwątlone uszną dolegliwością ciało ;)

No co jeszcze można...nie wiem, jutrzejszy dzień w moim wakacyjnym terminarzu jest zagryzmolony jak każdy, zajęty bez reszty bez proszę ja Was chwili wytchnienia, no okropnie. Rano wstanę, zjem śniadanie... poczytam... poturlam się tu i tam odsuwając stopą z przejścia buty, papiery, skarpetki i szklanki... ucho porehabilituje mi Carla Bruni...może złoże suche od zawsze pranie. A może nie. Jeszcze zatęsknie za tymi codziennymi niedzielami, prawda? ;)