Wstała rano tknięta przeczuciem niczym plastikową packą na muchy, której z kolei od dziecka się brzydzi gdyż packa ta dotyka muszych wnętrzności, więc jej zewnętrzności dotykać nie powinna. Przeczucie dotyczyło dnia który właśnie się zaczął, że będzie jakiś, a nie nieruchomy. Tak też się dziać zaczęło wraz z chwilą brzęku smsowego obwieszczającego wygraną aukcję wokół której kręcił się cały dzień poprzedni.
Z konsternacją zanotowała, że ktoś zjadł ostatnią morelkę i śniadania nie będzie.
Pośpiech kazał jej wpakować do torby zaoszczędzone 'pieniążki' i pominął soczystą lekturę skazując biedne dziewczę na to, co nastąpiło później. W sklepie woda tylko ciepła i nic ciekawego do jedzenia, co okazało się rzeczą względną, gdyż dwie staruszki tworzące kolejkę zamarzyły o cieście na wagę, które kobieta sprzedawczyni składająca się z dwóch gigantycznych piersi i niczego więcej pieczołowicie kroiła ważyła i powolutku niosła do swego stanowiska z urządzeniem robiącym PIP. Po upływie trzech różnych ciast, pączków z bitą śmietaną jak wiadomo idealnych na 50stopniową spiekotę, źle zważonych ziemniaczków skwitowanych przepraszającą miną starowinki posługującej się kartą płatniczą - powolna, ale chapeux bas! - nadeszła kolej skasowania ciepłej wody, ibupromu i gumy do żucia. Wybiegło dziewczę. Zdążyło na autobus, gdyż nie byłby sobą, nie w pełni byłby lubelskim autobusem gdyby sie nie spóźnił.
Pół godziny później nastąpiło uczelniane starcie z agresywną panią magister tłumaczącą tak, że aż jej człowiek wierzy, mimo że się nie zgadza. Oddawszy przypadkowo jedynie li tylko połowę ankiet koniecznych do zaliczenia 'obozu naukowego', pobiegła w upale na śmierdzące obrzydliwe dworcowe zagony. Zjadła brzoskwinię ważącą prawie pół kilo i podreptała wśród prasy zabijając jedyne wolne pół godziny, bo autobus z dwunastej tajemniczo zniknął, o czym dowiedziała się z biletu. Dwunasta trzydzieści punkt stawiła się na stanowisku numer zero.
Kierowca przeżywał swój pierwszy raz. Byłoby to sympatyczne, gdyby nie wydłużyło trasy o dobre dwadzieścia minut. Kierowca miał miłą jajowatą głowę i był uroczo zmartwiony swą niekompetencją. Kierowca miał też skrzypiące plecione klapkosandały w kolorze beż. Jakiś pan w kaszkiecie nerwowo fukał całą drogę, zaniepokojony tym pierwszym razem. Kierowca zapytał kto zna warszawę na tyle dobrze, żeby mu popilotować. Zgłosiła się staruszka. Można było zapaść w letarg. Trzygodzinny półsen gapienie się na drzewa trawy domy NIC DO CZYTANIA :[ kiecka przyklejona do ciała i siedzenie też, akwarium pełne zupy nieruchomej obrzydliwej współdzielonej z fukającym panem, starszą panią w poliestrowym fartuszku i wieloma innymi osobami a każda z nich interesująca.
Dojechali. Życzenia powodzenia dla kierowcy, gdyż pani staruszka pilot wysiadła na centralnej, a przed nim jeszcze droga na dworzec zachodni.
Nerwowa dreptanina w samiutkim śródmieściu, dwudziestominutowa podróż kolejką w której zupa jeszcze gęstsza i do plastikowych siedzeń lepi się całe jestestwo. Pan pijak sapie wypuszczając z siebie chmury smrodu.
Punkt kulminacyjny akcji - wymiana zaoszczędzonych 'pieniążków' na niskobudżetowy acz pięknie rozmywający tło obiektyw :D Teraz już będzie tylko spokojniej.
Czekanie na dworcu umila przedziwna scena - biegnie dwóch dresów wersja letnia, czyli hawajskie spodnie plus niepasujące hawajskie koszule i łyse łby - za nimi biegnie ktoś zwykły, troche jakby dziecinna dysząca gonitwa radosna, ale do czasu! Ktoś zwykły wrzeszczy: na ziemie!! I wyciąga pistolet. Maca dresy po nogach, portfele odrzuca nogą na bok, po chwili dłonie dresowe dociskają się do żółtej siatki płotu, a nogi ich w rozkroku. Ktoś zwykły nadal wymachuje bronią i wrzeszczy coś o sprzedawaniu, ale co jakiś czas się smieje, tak jak i dresy. Przerażone oczy pani podobnej do wróbla. Dziewczę nadal w letargu, więc stoi zaraz obok nogi 'bandyty'. Ma wrażenie że cały zbiór ludzki czekający na kolejkę patrzy się na nią z trwogą, bo stoi też obok kogoś zwykłego wymachującego pistoletem. Trochę chce jej się śmiać i nawet trochę popuszcza tego uczucia.
I znów centrum, truskawkowy szejk za trzy złote - trzeba oszczędzać bo 'pieniążki' wydane... Przebieżka po zarach hamach ojszach, smutek bo 'pieniążki' wydane. Zapełniony bus uciekł, więc powrót pociągiem. Na wielkiej smierdzącej hali pełnej umęczonych spoconych ludzi kolejka składająca się z pięciuset osób i tylko cztery czynne okienka wypełnione głowami zblazowanych kobiet z trwałą ondulacją. Po 30 minutach stania w kolejce i wpatrywania się w dziecko w CZAPCE wpychające w siebie suche jak wiór flipsy, czas odejść. Plusz siedzeń w pociągu jak zwykle trąci, jak twierdzi Marceli, takim lekkim menelem. Antypatyczny konduktor z brakami w uzębieniu wypisuje bilet studencki za prawie 30 złotych. Adresatka krztusi się ze zdziwienia. Ma ochotę go pobić okopać i wyrzucić przez okno. Po dwóch godzinach warstwa lepkości przekracza wszelkie granice. Po dwóch i pół smarkula okradziona z 30 złotych wysiada obiecując sobie że nigdy. więcej. jebanego. pkp.
W domu niedobry makaron z tunczykiem bo nie ma pieprzu w domu. Znój zmyty. Ciepła herbata miętowa i błogi błogi sen. Kończy się dzień w trzeciej osobie. Tylko obiektyw wkręcony w ciało aparatu, nieświadom, że dla niego to wszystko.
Nuda powoduje ten słowolej, w ramach uzdjęciowienia robione jeszcze kitem zdjęcia śniadań i pierwsze poranne zabawy z 50tką :>

Ryż na mleku z, jak to się mówi, owocami lata!

Pancakes z
nowego przepisu, z syropem i owocami. Morelki nowoodkrytym przebojem pasującym do wszystkiego.


♥♥♥rozmycie♥♥♥obiektywik♥♥♥