niedziela, 23 stycznia 2011

O jezu boże.
Przeżyłam dziś traume miesiąca, bo nie powiem że roku, na to zbyt wcześnie, a moje szalone życie zwariowanej nastolatki lubi mi rzucać tęczowe kłody pod nogi. Więc traume miesiąca, ale to nie umniejsza jej traumatyczności.

Jechałam pociągiem.

Ale zacznijmy od początku. Początek miał miejsce w piątek, kiedy to włożyłam swój pensjonarski płaszczyk, okręciłam migdałki szalikiem i wyruszyłam na wycieczkę do Warszawy. Gdyż w Warszawie mieszka teraz mój chłopiec mąż partner o wdzięcznym imieniu Marceli, może go pamiętacie. Mieszka tam u bogobojnej cioci, pracuje jako wieszakowy w riwerwd i ogólnie spełnia swoją kosmiczną misje stawania się dorosłym człowiekiem. Uprzedzam pytania (bądź nie), owszem było mi smutno, owszem zaniosłam się mokrym rykiem pare razy, ale teraz doceniam drobne przyjemności jakie płyną z łóżka w którym NIE MA piasku, jedzenia przez okrągły tydzień gulaszu (a nie tylko przez pół tygodnia), domytych naczyń. Ważne są te plusy które można z sytuacji wyłuszczyć, no i to właśnie czynię.

No więc pojechałam, dojechałam. Śnieg prószył, zimnica mroziła mi tak zwane przydatki przez które rozumiem okolice krocza i jaj-ników, okryte li i jedynie cienką sukienką i jakże ładnym i nieprzystosowanym do wiatru płaszczykiem pensjonarki. Kawa z karmelem grzała. Grzecznie się pocałowaliśmy a potem oglądaliśmy seriale, a ciocia dreptała w tą i nazad mamrocząc coś o zabawie karnawałowej w kościele za jedyne 20 złotych od osoby. Rano obudziły mnie kanapki. I znowu snieg prószył, znowu zimno w tyłek, piękny Wars i piękna Sawa. Niezliczone tramwaje. Brud na Bródnie przykryty jeszcze nie zasikanym śniegiem. Pół dnia samotnie, bo Marceli pobiegł spełniać się jako wieszakowy, a ja jako ten pierwszej wagi marnowacz pieniądza, skorzystałam z wyprzedaży i kupiłam kilka niepotrzebnych ale bardzo ładnych szmat, pocąc się przy tym jak mysz w tym swoim pięknym płaszczyku pensjonarki. Miły wieczór spędzony przed tewe z piwem risottem tostami i waflami. No i tu sie skończyły miłe rzeczy.

Najpierw uciekły nam wszystkie nocne autobusy, niczym te czołgi, wywołując nieopisaną grozę ruszyły świecąc po oczach, ostro biorąc zakręty, ruszyły na swą misję dowiezienia śmierdzących śpiewających ludzi gdzie tylko zapragną. Ruszyły wyjąc. I weź czekaj godzine, jajka marzną coraz bardziej, wszędzie unosi się woń kebabów.

Potem...okazało się że Marceli ma do pracy na 12 więc sie okrutnie nie wyspałam, ale to zupełnie nieważne. Apogeum koszmarności a w zasadzie jedyna koszmarność jaką chciałam tu opisać, miała miejsce dziś.

Najpierw pani w kasie, która napewno miała na imie Bogusia i od dwudziestu lat chodzi do tej samej fryzjerki na pazurki, sprzedała mi bilet ze złą datą. Wczoraj na wczoraj. Czego dowiedziałam się siedząc w raźno mknącym ku lubelszczyźnie pociągu. Dzisiaj. Pociągu który miał STO MINUT OPÓŹNIENIA, opóźnienie może ulec zmianie. Przyszedł pan konduktor i powiedział mi, że mój bilet jest nieważny i że musze kupić sobie nowy jeśli mam zamiar dojechać do Lublina. Haha frajerko. Czytaj co na bilecie i mamy Cie ogólnie w dupie. Moje bełkotliwe i płaczliwe prośby i tłumaczenia że ja mam tylko trzy złote nie spojrzałam o boże co ja glupia cipa co to nie spojrzała zrobie :C zmusiły pana do poskrobania się po głowie i obietnicy że zaraz wróci. Nie wrócił. Wszyscy zaczeli mnie pocieszać. Pani, było sie nie przyznawać że to wczorajszy, pewno by nie przyuważył. Jechałam bez biletu, aż do momentu gdy jakiś miły chlopiec wpadł na pomysł, że pożyczy od kogoś ważny bilet. I poszedł pożyczać. I jechałam z biletem jakiegoś innego miłego chłopca. Nie rozumiem. Aby rozluźnić nieco swe spięte ciało, poszłam do latryny a tam zastałam....

Ah, to takie piekne.

...w jednym z kibli zastałam bardzo dużo krwi, jakby ktoś poronił, albo dostał erupcji okresu, no nie wiem. Zaś w drugim, w metalowej muszli spoczywała sterta mokrego papieru, zielona puszka po piwie lech, a na samym szczycie lśniła brązem wielka, naprawde wielka kupa. Było to urzekające. Poczułam, że naprawde warto będzie zapłacić drugi raz za bilet, wydając w sumie za podróż tym pkpowskim cacuszkiem 41,66 plus reszta której nigdy nie mają wydać. Konduktor jednak więcej się nie pojawił.

Ten opis powinien być dużo bardziej błyskotliwy, ale jestem zestresowana swoją niewiedzą na temat wyników ze strasznego kolokwium z psychometrii. Gównometrii, psia krew cholera jasna. Wszyscy wiedzą a ja nie;/
W ramach rekompensaty możecie popatrzeć na moje najładniejsze w świecie majtki oraz inne ładne rzeczy.





Tak, gdy nie ma mojego chłopca w pobliżu, wieszam sweter na ramie łóżka i do niego mówię. Tutaj akurat sweter jest ukontentowany, widocznie powiedziałam coś naprawde prześmiesznego.

Pozdrawiam Kasię z Wrocławia.

piątek, 14 stycznia 2011

To będzie chaos, ale sporo czasu minęło, więc wypada chociażby ten chaos.

Co za ohyda.
Nie mam czasu NIE MAM CZASUUUUUUUUUU.
Durna przesrana sesja której jeszcze nawet nie ma. Pierdyliard nic nie dających ludzkości zaliczeń protokołów gównianych ankiet psychicznie chorych prowadzących których mam ochote zepchnąć ze schodów. Rezolutne uśmiechy czopków dupowłazów, pokemonów wychodzących z pokeballa, ktore już dawno wszystko. Mszczące się za swój los nadgorliwe panie magister z błyszczącymi włosami. Wiecznie szczęśliwe na swoim stanowisku projektanta prezentacji multimedialnych. Miłe dobre duszyczki psychoterapeutów którzy w rzeczywistości dźgają kocięta szydełkiem w oko i każą pisać RECENZJĘ KSIĄŻKI PSYCHOTERAPEUTYCZNEJ. Gdyby ktoś miał na podorędziu to byłabym wdzięczna, bo ja czytać książek psychoterapeutycznych nie lubię, nie zamierzam i zamierzać nie będę, to jakby się tarzać w błocie z pauliu koeliu. Prześlizgne się jak co pół roku na jednym tchu na trójach, troche chcąc wiedzieć i być mądrą i zainteresowaną swoimi studiami. Podnieceni pirszoroczni drepczą w ksero. Jeszcze zobaczycie, jeszcze wam ten rumieniec z lica zejdzie i na zawsze zastąpi go trupi blask znudzenia i gnuśności lubelsko-psychologicznej.

Praktyki sie odezwały i znowu jestem w pełni szczęśliwa. Jeszcze razem zawojujemy świat.

Ukojenie daje polewanie sie wrzątkiem na klęczkach w wannie niewyposażonej w prysznic. Ten moment między decyzją ide spać i pierdole społeczne teorie płci, a przyłożeniem głowy do poduszki. Osiadanie kośćca. Boże żeby to trwało jak najdłużej. Obieranie marchewki, bo to trzeba zrobić, nie zjem przecież nieobranej, na to nie żal cennych chwil aż piszczących żeby poświęcić je na nauke. Pancakes. Reeses. Cynamonowe bułenie. Wstręt do jedzenia jakby niestety minął.


Mam anemie i szczawiany w moczu. O boże jak wulgarnie i plebejsko.

Nadszedł piątek i powinnam teraz klepać prezentacje ale nie klepie bo zapadłam w śpiączke piątkową, tępy wyraz twarzy + jedzenie + bawienie sie ipodem. Tak tak ipodem, w dodatku dotykaczem, którego znalazłam pod choinką jak najprawdziwsza szczęśliwa dziewczynka z filmu albo radosnej reklamy, w swetrze w renki, trzepocząca rzęsami i szkliwem zębów urzekająca. Jest fantastyczny. Jestem całym sercem w sekcie appla.

Te szczawiany to napewno kamica nerkowa ;C

czwartek, 23 grudnia 2010

Dziś był prawdziwie ciastkowy dzień. Poranny popłoch i poranny spokój, tata w swoim nowym dorosłym szlafroku robi miny przeziębionego człowieka. Kawa, kanapka z serem i dekoruj córuchna póki paluszki młode. Ściub oczy guziki i smutki jednego z pierników, tego chorego, co wygląda jak weteran z obciętymi kończynami, w pampersie, z miną zbolałą. Niejedno widział.

Herbata za herbatą. Za oknem synowie i córy Adama urabiają kończyny po łokcie wlekąc się po błocie ciągnąc siaty z szynkami pomarańczami wódkami i zestawami dove i fa dla tych którym coś trzeba. Śnieg sypie zawsze w oczy. Osowiałe wrony siedzą na łysych drzewach wytężając sokoli wzrok wypatrują, co by tu porobić ciekawego w ten drugi dzień ferii zimowych. Może poczytają... A może jak mama wróci z pracy to ozdobią kruche ciastka? W towarzystwie Kury Ika i Psa Sota, jak zaprezentowane.


A wieczorem gdy druga - robiona w panice bo połowa pierwszej zniknęła a ja chce je jeść codziennie i ciągle - partia pierników wyjdzie z piekarnika, naleją do kubasów glogg i obejrzą głupi słodki świąteczny film. Wyjedzą migdały i rodzyny papompowane niczym węzły chłonne w szczytowej fazie przeziębienia. Upiją się i będzie pięknie.


Jutro wigilia!


Wesołych świąt dzieci cz. 2 ;)

sobota, 18 grudnia 2010

Będzie tak:
Wstanę o 11. Wszyscy będą źli, bo zawsze są źli w wigilię rano. W kuchni okna zaparowane, z szybkowara (wiem, oldschool) bucha zapach gotowanej marchwi. Mama z przedziwną konstelacją spinek na głowie zapobiegających opadowi włosów do jedzenia, będzie robić sałatkę i krzyczeć, że nikt nie pomaga. Zaczniemy dumać czy w wigilie jest post, czy to już może odwołane. Bez względu na werdykt, tata zje kanapkę z resztką kiełbachy patrząc przez okno na sikory wyżerające ziarno i kupkające na balkon. Ja będe się snuć po mieszkaniu, dotykając choinki i wyżerając przedziwnie udekorowane dzień wcześniej ciastka sklejone dżemem. Sprawdzę czy aby Nigelli w teve nie ma, albo Jamiego, albo tych dwóch pań które ubierają świat. Mama będzie krzyczeć, że nikt nie pomaga, mimo że nikt nie kroi ogórków tak ładnie jak ona i wszyscy o tym wiedzą. Zapachnie mięsem pieczonym obficie natartym zielem angielskim którego proces tłuczenia w moździeżu zirytuje tate, który wyjdzie na spacer. Znowu nikt nie pomaga. Położę się pod choinką i będę zgadywać co jest w której paczce, potem razem z bratem odegramy coroczne szoł pt. 'jestem prezentem sterowanym pilotem i wydając dziwne dzwięki pójdę gdzie się mnie skieruje'. Pomogę mamie przecież. Zrobi się ciemno i wróci tata odcedzony z irytacji przez zimne powietrze. Włączy płyte Turnaua i Małas-Godlewskiej która wyciska ze mnie niesamowite ilości łez, zwłaszcza w samotności, więc pójdę się kąpać. Wszyscy się uspokoją i wystroją. Zrobią sobie ładne włosy, policzki, wyprasują koszule, wypachnią. Mama zapakuje jedzenie i wyjdziemy. Kto gasi światło, ten czuje, że to już dzisiaj wigilia, DZISIAJ i TERAZ.

Jadąc samochodem będziemy słuchać amerykańskich piosenek świątecznych a ja z bratem będziemy liczyć choinki które widać w oknach. Dzika konkurencja, wyniki zawsze odrobine zafałszowane.

Dziadzio zamaszystym uściskiem i całusem zrujnuje misternie ułożone (tzn wysuszone i wymodlone) loki. Babcia się popłacze podczas opłatkowych życzeń. Zawsze po 10 uszek, barszcz, śledź z ziemniakiem, babranie się w karpiu. Kapustka co roku lepsza. Kompot z suszu co roku tak samo mi niesmakujący. Myślę sobie: boże, i juz po wszystkim! Znowu trzeba czekać rok. Znowu przegapiłam trwanie, chociaż trwała ta chwila wigilijna przecież cały wieczór.
Potem wizyta u drugich dziadków. Uściski. Nic już się nie mieści, tylko racuchy, dużo więcej niż człowiek przypuszczał. Alina dzwoniła. Słuchaj małgosiu to jak jutro robimy. Na choince między bombkami i cukierkami banknocik. Dzieci ziewają bo jednak kuszą te paczki błyszczące pod choinką domową. Dzieci to ja i brat. Jedziemy. Gdy już się na nie patrzy, to nie chce się ich otwierać, bo wtedy już będzie całkiem po wigilii. Rozdanie i bach. Po wigilii. Mozna zacząć jesc ciasta. Można zacząć jesc mięso. Kieliszek szampana, kewin sam w domu i jest cudnie. Co z tego że nie będzie sniegu, nigdy nie ma. Cudnie.
Foty z przebieranej imprezy gwiazdkowej.

Owszem, zdjęcie niekorzystne, gruby i nalany jednorożec degustuje ciasto marchewkowe, ale obrazuje mój związek miłosny zarówno z chłopcem jak i z jedzeniem.

Popej. Na drugim ramieniu była goła wulgarna syrena.


Kawałek człowieka przebranego za torebeczke amfetaminy.


Notka niejako sponsorowana przez firmę Knorr, która zapewne pomoże Wam zorganizować święta ;>


Wesołych świąt dzieci ;)

piątek, 10 grudnia 2010

Dziś był fajny dzień, zupełnie jakbym mieszkała w wielkim mieście i korzystała z życia na całego przewalając się nonszalancko tu i ówdzie. Właśnie tak się przewalałam! Wstałam rano zdjęta przerażeniem że to już siódma, paskudna siódma, chłodne ramiona, kołdra woła, stopy kostnieją bo jak to mówią staruszkowie, wieje od podłogi...Zjadłam uroczą kaszę manną mannę z najcudowniejszą konfiturą wiśniowo porzeczkową świata - tylko moja babcia taką potrafi uczynić. TO jest cud, a nie jakieś tam boże narodzenie! Pobiegłam na zajęcia trzymając na ramionach długi drąg żeby się nie przewalić na lodzie, w który w ciągu nocy zamienił się cały drogowy kleik. A nie, przepraszam, ja tylko rozkładałam ręce i jak ten Mały Książę z powiewającą peleryną gnałam na autobus. Na zajątkach nudy, wiadomo, jakieś piprzone analizy wieloczynnikowe za które i tak w kryzysowej sytuacji zapłace, a nie będę się pocić ze zmęczenia i klepać w spssie. A potem...potem był hedonizm. Prawdziwe kino. Do kina chadzam rzadko z powodu czystego skąpstwa, a potem zapominam co chciałam obejrzeć i tym sposobem od pół roku oglądam tylko housa i inne seriale a filmów wcale :[ No więc dziś postanowiłam iść na harrego pottera jako że jestem dzieckiem tego pokolenia które go kocha. Któremu serce drży.

Harry mnie uradował, mimo tego, że oprócz mnie na sali były dwie wycieczki gimnazjalistów...........................
Płakałam gdy Hermiona rzuciła zaklęcie zapomnienia na swoich rodziców, takich tatusiowo mamusiowych dobrych rodziców którzy może nie znają każdej Twojej myśli ale wypełniasz całe ich serce. Płakałam gdy Zgredek umarł. Nie płakałam gdy Hedwiga umarła bo wtedy sie akurat zamyśliłam na temat obiadu. Miałam gęsią skórkę zdolną porwać rajstopy sto den gdy nick cave zaczął mruczeć to. Niesamowita scena, gimnazjaliści kwękali swoim śmieszkiem niedojrzałego człowieka który wstydzi sie emocji i jest głupi jak koza, a ja poczułam sie taka dziecięco dorosła, jakby ktoś przetarł szybę za którą cały poważny świat a nie jakiś tam wytwór wyobraźni pani rowling. Jestem TOTALNIE pokolenie Harrego i jestem z tego dumna :D
No i co tu więcej można pisać, każdy już albo widział albo czytał recenzję, albo ma w dupie. Więc koniec, wróciłam do domu przez śniegi i pije dziwny twór - earl grey z sokiem porzeczkowym (babcinym, a jakże) który z powodu dużej ilości pektyn zmienił się stojąc w lodówce w coś pokroju czopa śluzowego i zgrabnie plusnął mi do herbatki. A do tego jeszcze kropelka martini rosso z braku..rumu, czy tam czego. Dobre w każdym razie.



A tak sobie chciałam pisnąć. Miłego weekendu.

wtorek, 7 grudnia 2010

Święta zdarzają się co roku. Jak wiadomo, co roku wcześniej. Przychodzi pan Jezusek. Dajemy sobie prezenty. Jemy błotnistego karpia. Takie tam. Każde dziecko o tym wie.

Nie każde dziecko wie, że prezenty które znajduje pod choinką, trzeba wychodzić. Idzie sobie taka dorosła osoba grudniową porą, idzie i idzie, aż w końcu wchodzi do galerii handlowej. Jest w niej milion osób. Na początku napotyka przesiąknięty błotem dywanik niczym to jeziorko, to bagienko pochłaniające nieuważnie zwisające końcówki sznurowadeł. Tupie energicznie aby resztki śniegu opadły i nie wsiąkały w skórkę licową bucika, przy tupnięciu bagienko wydaje dźwięk "splasz" i opryskuje sąsiednie łydki i stopy. Rzeka ludzka wije się w zawstydzeniu między jednymi a drugimi drzwiami przezornie otwartymi nie-na-wprost, żeby zimno i tlen broń boże nie wpływały do wnętrza galerii handlowej. Kto to widział żeby dorośli ludzie tak wężykiem szli. Idzie dalej. Czterdzieści osób stoi w kolejce do popularnej kawiarni aby napic się popularnej kawy. Kolejka po kawę łączy się z kolejką do bankomatu i tarasuje wejście do kibelka. Szeroka stara baba w czapie, z biodrami na krynolinie fuczy i stęka bo nie może iść się wysikać.

Odwraca dorosła osoba wzrok. Ślizga się po podłodze, ślizga po dekoracjach, pięknej choince stożku, lampeczkach i bombkach. Jakiś pan chce zrobić zdjęcie komórką tym bombeczkom. Ochroniarz w za dużym garniturze (panie, takie były na składzie, co miałem zrobić! bierzesz pan czy nie!) mówi mu że nie wolno. Małe świąteczne marzenie niespełnione - nie pokaże babci staruszce jakie piękne dekoracje w mieście. Chciała zobaczyć, może to jej ostatnie święta. Ochroniarzu Ty bez serca człowieku!

Wchodzi dorosła osoba do dyskontu 'Hmmm'. Wszędzie walą ją po oczach radosne świąteczne czerwone ceny że tanio, tanio za akryl, to prawie jak wełenka! No i przejdzie, stanik BIUSTONOSZ w kwiatki przymierzy zdejmując pięćset warstw odzieży, stanik nie dobry, robi sześć razy biusta. I weź to wkładaj wszystko z powrotem, zapinaj w odpowiedniej kolejności bo jak Ci sie rozszczelni na mrozie to wilk złapie za SPRAWY KOBIECE. Toczy sie osoba dalej po parnym tłocznym centrum handlowym, obijają jej się o uda pakunki z prezentami i wielkie kolczaste pudła z kozakami które sobie panie kupują z okazji zimy. Gdzie by tu jeszcze zajść, co by tu kupić. Nic już. Innym razem kupię prezenty. Czas na autobus.

Sto miliardów innych osób też pomyślało że czas na autobus. Stoją w kaszy rzędami i kolumnami, dzieci biegają pełne nie wiadomo skąd wziętej energii wokół swoich zmęczonych objuczonych siatami mamuś. Żaden autobus nie przyjeżdża przez dwadzieścia minut a potem nagle cztery naraz. Oczywiście się nie mieszczą pod przystankiem, więc sprawni i niesprawni muszą podnosić wysoko nogi by przez szare cukrem pudrem posypane krupy przejść, prosto w błotną kałużę wejść i potem już tylko kroczek do autobusu. Kierowca wysiada i kijem dopycha tłum, wszyscy robią uh, śledziony trzeszczą, pot spod czapek spływa, paczki szeleszczą. Jedziemy. Sto minut korka i jesteśmy w domu. Jemy zupe pomidorową (na kostce knorra nawet w sumie musze przyznać!) i czekoladowego mikołaja na deser. Zapalamy światełka gwiazdki. Jeszcze kilka wypraw i prezenty zostaną wychodzone. Boże daj zdrowia!


Cynamonowe palmiery.

To nie łuszczyca, głuptasy! To brokat!

Dzisiejsze śniadanie - ricotta hotcakes z nowo otrzymanej od mikołaja książki Nigelli Lawson.


Katarzyna Herman karmi wigilijnych gości pomysłem na schab, barszczem w proszku, sosem w proszku, grzybem w proszku i opłatkiem ciałem bożym w proszku firmy Knorr. Mnie babcia karmi barszczem z uszami, karpiem i śledziem z kartofelkami firmy Babcia. Wszyscy są szcześliwi i mają wyrzut serotoniny do krwioobiegu mózgowego. Radujmy się póki mamy czas, jeszcze 20 dni i po świętach!


Notkę sponsoruje Knorr, producent proszku i kostek rosołowych, możemy udawać, że go nie znamy, ale to będzie kłamstwo;)

środa, 1 grudnia 2010

No oczywiście żem się nie ogarnęła. Nie ogarniam. Nie mam czasu, jestem prawdziwie zajętą studentką prestiżowego kierunku w mieście wojewódzkim niematotamto. Pije alkohol. Jest mi zimno bo przyszła zima, ale też nie jest mi zimno bo jestem doskonale przygotowana, ja i moi przyjaciele, nowy sweter, płaszcz małej żołnierki i buciki małej żołnierki. Piekę z cukru i jem cukier ale wcale nie jestem gruba, nie tej zimy, o nie.

Przyszła zima, to wiadomo, wszędzie pół metra śniegu, bury wafel na drogach, schody są zabójczą pułapką dla nobliwych pań na obcasikach, pięć swetrów skarpety z angory autobusy się spóźniają, no norma przecież. Jest pięknie. Śnieg to dobro, zakochałam się w śniegu i proszęproszę niech zostanie do świąt! Jest rześko tak bardzo, że można sobie przewietrzyć głowę i wymrozić mózg owinięty zblazowaniem. Wszystko się błyszczy a noce są różowe. Śnieg sypie tylko na tle latarni z której malowniczo zwisa dlugi smark sopla. Bezdomni zniknęli. Omijam (zło nad złami, ale one nie chcą pomocy, są zbyt dumne, udają że to nie starość tylko takie widzimisię przewrócić się akurat tu) przewrócone staruszki machające rękoma niczym niemowlaki wrzucone do basenu, omijam rumiane radosne śmiertelnie niebezpiecznym mrozem ucałowane dzieci w skafandrach kubrakach i kaftanach. Wszędzie wydrążone są tunele a w nich mijają się skrzypiąco stanowczo zbyt pękate krasnale.

Taki oto proszę bardzo monumentalny opis zimy wytoczyłam na początek, teraz czas na małe aktualności.
Mamooo, dostałam piątkeeeee!! (łup plecakiem o ziemie, dźwięk otwieranej lodówki) Otóż tak, najprawdziwszą piątke, w dodatku z kolokwium ustnego. Wszystkie ustne sprawy powodują że sie straszliwie zapacam z nerwów i kiwam w te i nazad, po czym i tak wychodzę z dobrą oceną bo jako że się boje, to się uczę.
Mój pan od praktyk milczy i robi się ogólnie złowrogo, mam bowiem wrażenie że jak to się mówi obczaił mnie na fejsie i stwierdził że takiej malej lamy to on nie chce i teraz będzie milczał aż do lipca po czym napisze mi: hmm, to nie powiedziałem Ci, że to był podły żart któryśmy sobie we firmie umyślili a Tyś padła jego ofiarą...?
Mam wieczną niezaspokajalną potrzebę nowej odzieży. Przepięknej nowej odzieży która sprawi że będę całkowicie super, moje życie stanie się naprawde sensowne, włosy poczną błyszczeć a chłopak zacznie rozumieć że:
1. Mikrofalówki nie nastawia się na dziesięć minut i nie wyłącza na siłę po dwóch, gdy do podgrzania jest miska mleka. Nie robi się tego, bo to szkodzi minutnikowi mojej mikrofalówki, naprawde.
2. Nie zostawia się łyżki mleka w kartonie ani smętnej porzeczki w słoiku po najpyszniejszym babcinym dżemie świata.
3. Kołdra ma mieć wylot U STÓP a każdy róg we właściwym sobie rogu tak zwanej poszwy pochwy. Poszewki.
4. Kawałki tartej marchewki i rozsypane płatki owsiane sprząta się od razu. Inaczej marchewka przysycha na zawsze, a płatki możesz znaleźć nawet w skarpetach. Z angory.
5. Czynność powinna prowadzić do stanu dokonanego, na przykład, komenda: 'umyj naczynia' nie oznacza, że naczynia mają być myte i zostawione samopas bez względu na to ile strupów z ciasta na pancakes/kaszy/makaronu okazale się na nich pręży, tylko DOMYTE. UMYTE. CZYS - TE.
To tak na początek, może stworze coś w rodzaju...stu przykazań dla chłopców. Ku przestrodze.
Ale mi sie zachciało, to teraz pewnie wróce w lutym! A nie, bo jeszcze muszę w ramach sprzedania swego zadka ułożyć dwie notki o świętach i moim zdanżaniu na nie sygnowane jakże mi obojętną marką knorr. Także będzie się działo!
Aha, chce mieć kota. Małego słodkiego rozczochranego kota który jest grzeczny, zaszczepiony odrobaczony i umie sikać i kupkać do kuwety. Chce chce chce.