Luty jest taki wspaniały.
Wszystko jest takie wspaniałe. Moje białe mieszkanko na Grochowie. Moja praca, o której jeszcze rok temu nawet nie śmiałam marzyć. Moja cera.
Nadal nie mam zwierza. Nadal mam chłopca. Nadal mi nic nie pasuje i chciałabym więcej niż mam. Chciejstwa na teraz to pięć kilo mniej (standard), niesamowita i zupełnie niespodziewana oferta pracy zagranicznej (lub jasna ścieżka kariery która mnie do takiej roboty doprowadzi) lub dużo pieniędzy. Drogie kosmetyki, które mają na twarzach kobiety w windach mojego biurowca. Ten nieskazitelny blask, rano. Ten uwiąd, wieczorem. Mijamy się codziennie i nie mówimy sobie dzień dobry. Nie żebym tego chciała.
Tramwaje śmierdzą. Menele rzucają spojrzenia i leniwie dłubią w nosie (to dzisiejszy).
Jestem niezadowolona, a czasem straszliwie rezolutna. A potem sobie przypominam, że należy być zadowolonym. Nie wiem co z tym począć.
Nic się nie zmieniło. Oprócz tego, że muszę muszę muszęęęę regularnie pisać, wysilać mózg i trzepać słówka, bo inaczej zwiędnie mi wspomniana już kiedyś, mocno odwapniona, kość piśmiennicza i jedyne co będę w stanie zrobić to poprawić katalog laptopów, z których wszystkie są takie same, a przy każdym innego rodzaju dławienie się z podniecenia. Nie od razu Rzym zbudowano, powiedziałaby pewnie mądrze jakaś wiekowa osoba. No i tego się trzymajmy.
A co u Was?


