Jestem co najwyżej zupełnie martwa w środku ze względu na bezruch. Ale narzekać mi się już nie chce, gdyż nadszedł czas refleksji że przecież ojej, to nic nie zmieni! Więc sobie kwilę w środku, imploduję smuteczkami.
Choć przyznam że jak słonko złote prześwity jakieś czyni, to jakby lepiej na duszy. Jakby nadzieja, czy coś. Że zima w końcu się skończy, chociaż wcale jej tak długo nie było, wszyscy jesteśmy tutaj w Polsce zdziwieni, zywkle śnieg pojawiał się z głupia frant w listopadzie i topniał w kwietniu, a ostatnio nawet w maju, kiedy to przebierałam nogami po manhattanskiej ziemi. No i dobrze, niech będzie wiosna, może wreszcie na czas, może te listeczki wszystkie, mokra ziemia nawożona regularnie odchodami i petami, moczami, bieganie stukanie obcasami (już chciałam napisać botkami, ale to słowo nie może mi przejść przez usta jednak, jest szczytem tej góry którą nazwę Żeńska Zniewieściałość). W marynarce lub też (ojej) trenczyku (ojejusiek), okularach przeciwsłonecznych będę sobie biegać i udawać że mam gdzie.
Bo w tej kwestii nic sie niestety nie zmieniło, nadal zycie wiodę w pościeli. Małym przełomem ostatnich dni było wysłanie mojej promotorce dotychczas ustruganych dwóch (z czterech albo pięciu) rozdziałów mgr. Drżę na widok maila. Może być on wrzaskiem. Może on być doskonałym katalizatorem wybuchu płaczu. Jeśli to co napisałam zostanie chociaż odrobine zatwierdzone, odetchnę i pójde sobie wypocić wrzoda w saunie, która mam pod domem. Nie, nie przeprowadziłam się do żadnej super Finlandii, to tylko zwykłe drogie SPA znajdujące się przypadkiem na moim osiedlu pijaków.
No i nic więcej do powiedzenia nie mam.
Może oprócz tego, że mam nową fajną internetową koleżankę Balbinę, z którą sobie z żalem smarkamy w mankiety. I którą bardzo sobie cenię bo namówiła mnie na spędzenie miesiąca czy dwóch na francuskiej ziemi i niańczenie dzieci. Acz oczywiście nikt mnie w tej roli nie pragnie, bo za krótko, bo nie parlam wystarczająco, bo na każdym zdjęciu na którym jestem z dziećmi stoi obok mnie kieliszek więc nie mogę nic takiego zamieścić :D Ale nie zmienia to faktu że próbuje. Byłoby superaśnie.
No i może oprócz tego że dzięki blogowej królowej niotilfem mam chyba z OSIEM penpali. I tak sobie korespondujemy jak szalone od wczoraj. Ależ miło jest dostać wreszcie coś innego niż reklamy powiększalników penisa. Angielska część mojego mózgu umarła ze zmęczenia po odpisaniu na wszystkie maile. Oczywiście naiwnie wierzę, że z tych wszystkich penpali będą super fajne znajomości. Haha, Kasia, Ty sie nigdy nie nauczysz. Nawet jeśliby jedna się ostała osóbka, będę wniebowzięta. Zawsze to jakaś energia do przekształcania w czyny!
No i może oprócz tego, że mam chętkę na jakiś makeover. Nowe włosy na przykład, bo teraz się czuje jak niedoczesany pies, taki wiecie, niesympatyczny potomek spaniela i pudla. Więc nowe włosy, takie charakterystyczne, kręcony odpowiednik fryzury a la Jane Birkin, coś w czym całe życie wygląda się wspaniale przy minimalnym wysiłku. Albo nowe oprawki, nowy okular. Też taki, że...patrzcie, to ona, ta w fajnych oprawkach. Może wtedy moja twarz religijnej osoby automatycznie zyska na szaloności. Ale by było. No, to takie moje małe przedwiosenne mrzenia. Połączenie marzeń i mrzonek.
No i oprócz tego, że denerwują mnie słowa. Marnowanie słów. Nieznajomość słów. Nieszanowanie słów. Od niektórych blogów robi mi się słabo w związku z tym. Obrzydliwe błędy stylistyczne, słowa niezadbane, chyba wypadły komuś z portfela. Jednej z tych co łeb odmroziła gdy w darowanych plastikowych botkach stała i patrzyła w punkt na horyzoncie. Że to niby pena marzeń, kobieta sukcesu, glam, rock, śliskie włosy. Brzydzi mnie brak osobowości.
Tak to chyba powinno być, że zwracam (co za idiotyczne słowo, tylko przedszkolanki go używają, i zakonnice; "ojej chyba będę zwracać!") słowa. Trzeba wyrobić nawyk. Bo mi zwiędnie kość piśmiennicza.
Na obiad macie zupę. Nawet nie wiem do jakiego azjatyckiego kraju możnaby ją przyporządkować (ktoś pomoże?), w każdym razie zrobiłam ją tak: do litra bulionu dodałam dwie łyżeczki brązowego cukru, dwie łyżki sosu rybnego, sojowego, troche oleju sezamowego i soku z cytryny. Pogotowałam. Dwie garście groszku, kilka liści kapusty pekińskiej, podsmażone wcześniej pieczarki. Pogotowałam. Obok usmażyłam w sosie sojowym kurczaka. Zalałam wrzątkiem przeterminowane dwa lata vermicelli. Nałożyłam przeterminowane dwa lata vermicelli do misek, ułożyłam kawałki kurczaka, zalałam zupą z warzywami. Posypałam szczypiorkiem, sezamem i dołożyłam kawałki awokado. Może to i świętokradztwo jakiegoś rodzaju, ale przecudownie pyszne...

Na koniec dziwny fakt o mnie, którego napewno nie znacie i który chcecie poznać. Jedna z moich rzęs jest dwa razy dłuższa niż reszta, do połowy blond i do tego chyba zaczyna się...kręcić. Czy to rak? Czy to jakaś chora komórka włosowa, cebulka, zasiała się nad okiem i będę miała długiego loka z rzęsy? Czy to tak jak z tą szaloną kością którą mam w stopie jako nadprogram kostny? Aż strach pomyśleć jakie jeszcze komórki pomyliły drogę. I co z nich wyrośnie.
Ciekawe co z nas wyrośnie.